niedziela, grudnia 19, 2010

A było to tak...


W dniu 11 grudnia A.D. 2010 wyruszyłem z Lublinka na podróż życia. Po lądowaniu w Liverpoolu, autobus z polskim kierowcą i polskimi stewardessami zawiózł mnie do Manchesteru. Pierwsza rzecz jaką zrobiłem po zrzuceniu bagaży to wyprawa do pobliskiego pubu, gdzie przy piwku oglądałem mecz Tottenham - Chelsea. Od razu pierwsze emocje - Tottenham prowadził 1:0, ale Drogba najpierw wyrównał, a potem nie strzelił karnego w 92 minucie. No ładnie, pomyślałem, niezły początek niezłego weekendu. Tego wieczoru, spróbowałem jeszcze chyba z 7 różnych piw w 7 różnych pubach, na koniec lądując na jakimś pokazie Bourlesque, gdzieś w jakiejś starej fabryce w pubie "Matt and Phreds". Niezły koniec, niezłego wieczoru.

Następnego dnia, moje marzenie miało się spełnić. Dziwne, ale jakby niespecjalnie się tym przejmując obudziłem sie o 14:30. Założywszy odpowiedni galowy strój, wsiadłem w autobus nr 263 bound Old Trafford i z zaciśniętym gardłem mijałem kolejne skrzyżowania i budynki Manchesteru. Byłem na miejscu o 16:00, czyli w momencie kiedy cały stadion się otwierał. Jeśli dobrze się przyjrzeć zdjęciom z tego momentu to chyba widać świeczki w moich oczach. Wysiadłem z autobusu i po raz pierwszy w życiu stanąłem na Sir Matt Busby Way, a moim oczom ukazał się On.

To co czuje każdy przeciętny kibic Manchesteru w tym momencie jest chyba podobne do uczucia jakie towarzyszy Muzułmanom, kiedy pierwszy raz widzą Mekkę. Stałem tam na rogu i nogi odmawiały mi posłuszeństwa - nie byłem w stanie iść dalej. Postanowiłem ochłonąć i wpadłem do narożnego baru na fiszendczips (oczywiście bar nazywał sie Great Supporters Bar, czy jakoś tak).
Na miejscu dało sie już wyczuć podekscytowanie, ale ludzi nie było jeszcze za dużo. Odebrałem bilet i obszedłem stadion chyba ze sto razy. Najfajniejsze wrażenie zrobił Munich Tunel:

Jest to jedno z przejść pod stadionem, które poświęcone jest całkowicie pamięci o tych, którzy zginęli w katastrofie w Monachium w 1958. Historia ta, to jedna z najbardziej tragicznych, ale jednocześnie najbardziej fascynujących opowieści jakie stworzył futbol.
Paręset osób ustawiało się też przy specjalnym wjeździe dla piłkarzy. Akurat, jak tamtędy przechodziłem podjechał autobus Arsenalu. Wenger został oczywiście odpowiednio przywitany. Niestety, piłkarzy Manchesteru nie widziałem, ale na parkingu można było podziwiać ich samochody.

O 19:00 wszedłem na stadion. Najpierw sprawdzenie biletu (i ostatnie trzymanie kciuków, za to, że to wszystko nie okaże się zaraz jednym wielkim żartem), potem poczekalnia dla kibiców, z cały czas nastawionym telewizorem na MUTV (wywiady, analizy przedmeczowe) i drzwi z napisem "Entry". Serce wali, ręce drżą, chwytam za klamkę, ostatnie parę schodków i jest. Mogą mnie teraz zastrzelić. Gdybym tu umarł, na mojej twarzy malowałby się jeden wielki, głupkowaty uśmiech. Pierwsze wrażenie - OGROMNY! - kibice Arsenalu po przekątnej na drugim końcu stadionu wyglądali jak ludzie na dachu Pałacu Kultury. Drugie wrażenie - ale Murawa! (tak, tak przez duże M). Każde źdźbło trawy przystrzyżone co do centymetra. Sir Alex Ferguson sam sprawdza długość trawy - woli jak jest przystrzyżona krótko, wtedy mecz jest szybszy. Zaraz potem, piłkarze wyszli na rozgrzewkę. Najpierw bramkarze - fajna scena jak na murawie byli obecni tylko Kuszczak, Fabiański i Szczęsny. Potem zawodnicy. Są! Wszyscy! Tak jak miało być! Piszczałem jak małe dziecko - tam jest Vidic! A tam Nani! O, a to Park! Ale Berbatov ma śmieszną czapkę!

Dziwne, ale dokładnie tak sobie ich wyobrażałem. Nie było zdziwek typu, ale on wysoki, albo ale on młody. Telewizja pokazująca mecze w największych detalach, łącznie z pryszczami graczy, jednak zrobiła swoje. Chłopaki ogólnie wyglądali... normalnie. Jeszcze tylko ostatnie szlify, ćwiczenia w dwójkach i trójkach (można było dzięki temu zobaczyć w jakim ustawieniu będą grali) i do szatni, a do kibiców wyszedł Ole Gunnar Solskjaer. Żywa Legenda United, gracz, który w 455 spotkaniach strzelił dla tego klubu 272 gole, w tym Tego Gola z 1999 roku. Po zakończeniu piłkarskiej kariery z powodzeniem trenował rezerwy Manchesteru, aż do teraz, kiedy ogłosił, iż wraca do Norwegii trenować FK Molde, klub, w którym zaczynał karierę. Ole pożegnał się z kibicami, dostał gigantyczne owacje na stojąco i tym samym zakończył 14 lat swojej przygody na Old Trafford.
Następnie przyszedł czas na Honorowych Gości - górników z Chile. Przyjechali na zaproszenie Sir Bobby’ego Charltona i siedzieli w loży honorowej. Dla czegoś takiego sam dałbym się zakopać pod ziemią nawet na rok. Porozmawiałem sobie z nimi następnego dnia, kiedy spotkałem ich buszujących po MU Megastore.
Jeszcze moment i piłkarze wybiegli na boisko. Od początku można było przewidzieć, że w tym meczu dużo bramek nie padnie. Obie drużyny ustawiły się bardzo asekuracyjnie, z dużym zagęszczeniem pomocy. Więcej sytuacji stwarzał sobie jednak United, a Arsenal w całym meczu nie stworzył sobie praktycznie żadnej klarownej sytuacji. Ze Stretford End leciały przyśpiewki typu: Same ol' Arsenal, always cheating, albo Anderson-son-son will always stay with us and he shits on Fabregas, itd. Ogólnie atmosfera super, ale mróz i ogrom stadionu robiły swoje, nie dało czuć się rangi meczu. Ponadto siedziałem na małej trybunie niedzielnych kibiców i czułem się trochę jak dureń, skacząc i krzycząc sam na całej trybunie. Gol, którego zdobył Park padł akurat daleko ode mnie, więc dopiero w powtórkach w przerwie zobaczyłem jak strzelił. I właśnie brak powtórek był kolejnym ciekawym spostrzeżeniem - każdy spalony, albo faul, a ja kręcę głową w poszukiwaniu ekranu, żeby zobaczyć powtórkę. Sorry Sir, ale albo na żywo, albo nie. Za to, karny Rooneya widziałem już jak na dłoni. Tak było naprawdę, a tak to wyglądało z mojej perspektywy:

Ogólnie, mecz raczej z tych kiepskawych, aczkowlwiek, jak dla mnie to mogliby się tam rozgrzewać przez 90 minut i też bym wył ze szczęścia. Najważniejsze sa trzy punkty. Glory, glory, Man United!

Następnego dnia, poszwędałem się jeszcze po Manchesterze, pojechałem jeszcze raz na stadion, odbyłem Stadium Tour i zwiedziłem muzeum. W środę cały dzień zwiedzałem Liverpool i z żalem serca muszę przyznać, że niestety, jako miasto Liverpool prezentuje się lepiej - świetna atmosfera, piękna architektura i ogólnie jakoś tak więcej do zwiedzania.

Tak oto skończył się mój sen, ale wiem, że to nie był ostatni raz. Na koniec kilka zdjęć:




1 komentarz:

Kama pisze...

:)aż miło się czyta taką relację. szczerze mówiąc pierwszy raz przebrnęłam przez całość, bo zazwyczaj temat meczy niekoniecznie mnie porywa i po pierwszym akapicie daję sobie spokój :)
no i bardzo się cieszymy, że koszulka się przydała :)