Mieszkaliśmy przy jednej z głównych ulic, w bardzo ładnym apartamencie (3 sypialnie, kuchnia z jadalnią-salonem, łazienka). Miejsce zdecydowanie godne polecenia, w bardzo przyzwoitej cenie. Całe centrum obstawiono drewnianymi budkami, które widzieliśmy z Michałem w Budapeszcie podczas festiwalu wina w 2004 roku.
Nie trudno się domyślić co robiliśmy w Tokaju przez te 3 dni :)
Śniadanie, spacer po miasteczku, wiele, wiele degustacji, zakupy winne, obiad, więcej degustacji, wieczory spędzane w domu na kalamburach, grach w karty i innych pogaduchach (przy winie oczywiście) i tak w kółko i na okrągło.
Ja niestety wiele wina się nie napiłam, ale za to ile toastów wzniesiono za dzidziusia ... W sumie każdy wznoszony toast miał w podtekście życzenia dla najmłodszego członka naszej rodziny.
Kupiliśmy z Michałem mnóstwo wina: na prezenty dla rodziny i znajomych, do naszej kolekcji, dla Chajdysów na prezent ślubny, ... Ledwo pomieściliśmy to wszystko w samochodzie ;)
Oczywiście nie obyło się bez degustacji węgierskiego, ostrego jedzenia. Na śniadanie podaliśmy jedną maleńką papryczkę - do spróbowania dla chętnych. Był również gulasz, langosze, węgierska kiełbasa oraz ostra pasta paprykowa do mięsa.
Wyjazd zaliczamy zdecydowanie do udanych. :D
W Tokaju
Michał prezentuje, jak patrzeć na Tokaja przez świeczkę
Podczas pierwszej prawdziwej degustacji
Próbujemy soku z tegorocznych winogron, który później stanie się winem
Prawdziwy, węgierski gulasz
Więcej tradycyjnego jedzonka
Winna parada
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz