Najmłodszy kociak trochę nie dawał nam spać (Michał powiedział, że trzeba się przyzwyczajać, bo jak się pojawi dziecko będziemy mieli tak samo ;)), ale wstaliśmy rano w miarę wypoczęci.
Wyruszyliśmy o 9:00 i po kilku smętnych, szarych i niestety mokrych godzinach na Słowacji, znaleźliśmy się na Węgrzech. Tam już prosta i szeroka droga zaprowadziła nas do Budapesztu. Do naszego miasta. Stęskniliśmy się za nim strasznie. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo, dopóki nie wyszliśmy na ulice.
Nocowaliśmy oczywiście w hostelu w tym samym budynku, w którym spędziliśmy 10 wspaniałych miesięcy.
Najpierw wyprawa na łaźnie, potem obowiązkowa wizyta w naszej piwniczce i jeszcze Simple.
Ja niestety winka nie skosztowałam. Poza jednym malutkim łyczkiem, kiedy wznosiliśmy pierwszy podczas tego wyjazdu toast "za dzidziusia". :)
Następnego dnia niektórzy mieli niemałe problemy z porannym wstawaniem, ale naleśniki wszystkich zmotywowały do spaceru, po którym czekał upragniony obiadek.
Kupiliśmy 'erosz pisztę' i pomachaliśmy Budapesztowi na dowidzenia. Następny przystanek - Tokaj.
Wieczorny spacer po Budapeszcie. W tle Most Łańcuchowy i Buda.
Kaplica św. Stefana
Siostry w drodze na naleśniki
My

Razem w drodze na naleśniki
Ja z Budą w tle
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz