niedziela, maja 01, 2011

A ja tam byłem, miód i wino piłem


Siedzę sobie spokojnie w poniedziałek w domu, zastanawiam się jaką jutro koszulkę założę na Mecz i gdzie go będę oglądał, a tu nagle telefon od Gosi:
- Mam dwa bilety na Mecz w Gelsenkirchen - chcesz mogę ci je dać.
- Eeeee...
- Tylko musisz wsiąść jutro rano w samochód i tu dojechać.
- Eeeee...
- Chcesz czy nie?
- Eeeee...
- Dobra, zadzwonię za parę minut.

Po paru minutach, z trzęsącymi kolanami powiedziałem, że oczywiście, że biorę te bilety i choćbym miał tam iść na klęczkach, to nie ważne jak, ale na tym Meczu muszę być. Zadzwoniłem jeszcze do Maćka, który zareagował podobnie do mnie i szybko obmyśliliśmy plan - wyruszamy we wtorek rano i dojeżdżamy do Gelsenkirchen ok. 16:00.

Dla niewtajemniczonych - Mecz, o którym piszę to Półfinał Ligi Mistrzów. To nie jest zwykły mecz. Zwykły mecz jest wtedy jak gra Widzew Łódź z Górnikiem Łęczna. Półfinał Ligi Mistrzów ogląda ok. 200 mln ludzi na świecie. Z czego tylko 60000 na stadionie na żywo. I mieliśmy być dwójką z tych sześćdziesięciu tysięcy.

Schalke 04 Gelsenkirchen (czarny koń rozgrywek) podejmował u siebie Manchester United. United był zdecydowanym faworytem, ale Schalke wyeliminowało w ostatniej rundzie Inter Mediolan, wygrywając z nim na wyjeździe 2:5. Schalke to ostatnia przeszkoda, która stała na drodze Manchesteru do wielkiego finału Ligi Mistrzów - trzeciego w ciągu ostatnich 4 lat. A w finale czekać będzie na 99% wielka Barcelona. Ale żeby do tego doszło, trzeba najpierw pokonać Niemców. I ja jechałem ten Mecz obejrzeć na żywo.

Wyruszyliśmy o 7 rano. Przed nami 955km i około 10 godzin jazdy. Droga mijała bez przeszkód, aż do feralnego zjazdu nr 19 z autobahna A2 - 70km od celu. Jeden wielki korek. I stoimy. Przez pierwszą godzinę, jeszcze sobie żartowaliśmy, ale gdy zegar pokazał 18:30 zrobiło się mniej zabawnie. Jakimś cudem dojechaliśmy w końcu do zjazdu i rura przez niemiecką prowincję:



Dojechaliśmy w ostatniej chwili. Zabawne było iść pośród szpaleru tysięcy kibiców Schalke. Na szczęście skończyło się tylko na kulturalnych docinkach.


Co ciekawe, ten sam stadion widziałem już wcześniej, podczas mojej nieudanej przygody z Mistrzostawmi Świata w 2006 roku. Wtedy zostałem wyrolowany i nie wszedłem na mecz Polska Ekwador. Trauma pozostała i do końca miałem wrażenie, że zaraz okaże się, że coś poszło nie tak i meczu jednak nie obejrzę. Serce na chwilę zatrzymało się przy podchodzeniu do bramki. Wsuwam bilet w czytnik... pip... i jest!! Zielone światło! Wchodzę!

Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nie do końca jeszcze w to wierzyłem - słyszę hymn Ligi Mistrzów! Na żywo! I to półfinał! I to z United w roli głównej! To musiał być jakiś sen.



Mecz był zdecydowanie jednostronny. United przeważało od początku do końca. Posiadanie piłki: 65% do 35% dla MU. Akcja za akcją. Precyzyjne podania, pressing już na połowie rywala, strzał za strzałem i tylko świetnie dysponowany bramkarz Schalke sprawił, że nie skończyło się 0:10. Co za emocje! Piękny mecz, w pięknej oprawie, 0:2 na koniec i Finał na Wembley jest już tylko na wyciągnięcie ręki.


Po meczu wsiedliśmy w samochód i droga z powrotem. To była masakra. Jechaliśmy na autopilocie, śpiąc tylko 3 godziny gdzieś przed granicą Polski. Ale warto było. Zdecydowanie doznania z poziomu tych z najwyższej półki. Jeszcze kilka zdjęć:




1 komentarz:

Anonimowy pisze...

love it!

/Maja