Ostatnią sobotę spędziliśmy u dziadków Szczakowskich bawiąc się w ogrodzie jak za dawnych czasów - zrobiliśmy sobie prysznic :) Najbardziej podobało się dziadkowi i Jaśkowi. Ala podchodziła do spryskiwacza jak do jeża, najlepiej z parasolką, a Pituś wyrwany z popołudniowej drzemki narzekał, że woda jest za zimna.
Wieczorem wybraliśmy się z Michałem na randkę :) Najpierw kolacja w bellanapoli w Manufakturze (niezmiennie polecam), gdzie Michał zachwycił się nowym winem. "Whiskey w butelce wina", jak to określił. Pierwszy kieliszek był ciężki, ale potem faktycznie - całkiem dobre wino.
Następnym punktem programu była wizyta w kinie, oczywiście na najnowszym Batmanie. Ja szłam bez oczekiwań - Batman, to Batman. Już pierwsza scena zacisnęła moje pięści, ale film jest ... dobry. Na pewno nie wybitny, jak sugerowali niektórzy. Dla mnie był przewidywalny - dziecko, które uciekło z więzienia, zakończenie i żałuję, że pokazali, że akcja rozgrywa się w Nowym Jorku. Gotham mogło pozostać anonimowe i tak byłoby moim zdaniem lepiej.
Wieczór zakończył się około 3:00 nad ranem w Spalonych Słońcem, w Off Piotrkowska. Trochę tam nie pasowaliśmy, ale było otwarte (w przeciwieństwie do Paparazzi, które zamknęli trochę po północy) i mieli wino (chociaż już drugi raz obsługa dzwoniła do szefowej, żeby spytać o cenę butelki). Podoba mi się klimat tego miejsca, który trochę przypomina Sodę w Budapeszcie. Gdyby tylko nie zapachy wietnamszczyzny i masa rozbitego szkła przed wejściem.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz