poniedziałek, listopada 07, 2011

Gibraltar

Brytyjskie kosze na śmieci, brytyjskie budki telefoniczne, brytyjskie chodniki (te żółte w kropki), fish&chips, brytyjskie sklepy (coś dla wielbicielek next'a). To i wiele więcej na południu Hiszpanii. Gibraltar zdecydowanie warto odwiedzić.
Samochód zostawiliśmy w Hiszpanii (tuż przed granicą znajduje się duży parking) i granicę przeszliśmy na piechotę. Tuż za budkami strażników pierwsza ciekawostka - droga i chodnik zamknięte, ponieważ ląduje samolot (jedyna droga lądowa na Gibraltar przecina pas startowy).
 Najpierw trochę pokręciliśmy się po centrum i spacerkiem udaliśmy się do stacji kolejki, która wwiozła nas na szczyt skały zamieszkałej przez małpy. Ze wzgórza roztacza się wspaniały widok na turkusowe morze po jednej stronie i port po drugiej. Miałam jedno bliskie spotkanie z małpą, która połasiła się na chusteczki Pitulca w mojej niedomkniętej torbie. Michała omijały z daleka. Wyczytał później, że to wszystko dzięki zachustowanemu u niego Pitkowi.





Następny punkt programu to fish&chips (przynajmniej dla Michała) w jednej z polecanych w Lonely Planet knajpce i znowu spacerkiem przez centrum z powrotem do samochodu.
Warto Gibraltar odwiedzić ze względu na tę odrobinę Wielkiej Brytanii "w Hiszpanii", ze względu na różnorodność (sporo Muzułmanów, sporo Żydów) i oczywiście ze względu na widoki ze szczytu Giraltaru.




Brak komentarzy: