Wstałam rano, ale nie pamiętam o której. Nie był to blady świt, ani gorące południe. Myślę, że było pomiędzy 9 i 10. Plan z dnia wczorajszego wyglądał następująco:
- 12:00 - 13:30 - fryzjer i makijaż
- 15:00 - Michał przyjeżdża z rodzicami i bratem na lampkę wina z naszej piwniczki
- po 16:00 - ruszamy do kościoła
a oto, jak "życie zweryfikowało moje plany" :)
u fryzjera byłyśmy z Kamą kilka minut po 12:00. Obie miałyśmy być uczesane i umalowane. fryzury próbne były, makijaże nie. Kama najpierw na fotel fryzjerski, żeby przygotować włosy. Ja do makijażu. Pani Ela troszkę się natrudziła, żeby zamaskować moje czerwone poliki, ale wyszło jej to rewelacyjnie. Kiedy pani Gosia przygotowała już Kamę, a mnie nadal malowano, Kama wpadła na pomysł, że może jednak podjadę do "pani od paznokci" i zrobię sobie żele. Zadzwoniła i umówiła mnie na 13:30 (pracują do 14:00, a nakładanie żeli miało trwać jakieś 40 minut). Po makijażu usiadłam do pani Gosi. Było już tochę późno i coraz częściej nerwowo zerkałam na zegarek czy zdążę na te pazkoncie. A warkocz, jak na złość, nie chciał się zapleść za pierwszym razem (!). Ok. 13:50 wypadłam z salonu, złapałam rikszę i po 5 minutach dotarłam "na paznokcie". W międzyczasie zadzwoniłam do Michała, żeby przyjechali o 15:30, bo się nie wyrobię. Michał na to, że nie ma problemu, ale on ma 3 case'y:
1. Nie umie zapiąć spinek do mankietów. Mówię mu, że to nie case, że ja mu zapnę, jak przyjedzie.
2. Nie ma paska do spodni. Przypomniała mi się taka sytuacja, o której już gdzieś, kiedyś czytałam (;)) i mówię mu, żeby poprosił Chajdiego o pożyczenie, albo kupno nowego.
Trzeciego nie pamiętał.
Pani "od paznokci" wiedziała jaką mam suknię (Kama jej wszystko opowiedziała :)), zrobiła mi na złoto motywy roślinne na 4 paznokciach, żeby pasowały do koronki. Musnęła mi też powieki złotym cieniem, żeby było "lżej" i lekko spóźniona, wpadłam do czekającej pod bramą taksówki. Było po 15:00.
Włączam telefon, a tam 2 nieodebrane połączenia. Oba od mamy. oddzwaniam, a Tata radosnym głosem mówi, że czekają na mnie w domu goście, a panny młodej nie ma. Zestresowałam się, że to już Michał z Rodzicami, a przecież miał być za pół godziny. Mówię Tacie, że już jadę, a on na to czy do kościoła od razu czy do domu ...
wpadłam do domu piętnaście minut później. W dużym pokoju stoją Rodzice i Kama (już oczywiście zwarci i gotowi), a do tego wujostwo z Włocławka (sztuk 5), którzy przyjechali zrobić mi niespodziankę. Tylko rzuciłam szybkie "dzień dobry" i szybko na górę się przebrać. Siostra mi pomagała, bo ja przecież z tymi paznokciami (pierwszy raz w życiu). Jedną ręką mówiłam gdzie co leży, a drugą jadłam kanapkę i popijałam herbatę. Było to chyba rekordowo szybkie przygotowanie się Młodej do ślubu. Po 10 minutach byłam gotowa, a pod dom podjechał Michał z Rodzicami i Olkiem.
Jak on się pięknie prezentował ... wiedziałam, że wychodzę za przystojniaka, ale jak go zobaczyłam w jesiennym słońcu, to mi się troszkę kolana ugięły :)
Weszli do domu, a ja po chwili zeszłam na dół, co wzbudziło serię "achów" i "ochów". Otworzyliśmy pierwsze winko, jakie zakupiliśmy do naszej piwniczki. Czerwone Ozi Pince rocznik 1999 (wtedy zaczęliśmy ze sobą chodzić). Wznieśliśmy toast i czekając na Andrzeja (wujek Michała), który miał nas zawieść do ślubu, przyjęliśmy pierwsze życzenia i prezenty.
przed domem


Andrzej był bardzo punktualny (16:00). Zapakowaliśmy się do ślicznie przystrojonego samochodu i ruszyliśmy. Nie ujechaliśmy daleko, bo już przed wyjazdem z naszej uliczki sąsiadki zorganizowły pierwszą bramkę (pierwszą i ostatnią). A my przecież całą wódkę mieliśmy na sali ... Michał wynegocjował, że flaszkę dostaną następnego dnia. Jazda do kościoła przebiegała w miłej atmosferze. Chilloutowa muzyczka, którą zaserwował nam Andrzej skutecznie nam ją umilała i pozwoliła zapomnieć o stresie. Mieliśmy też element humorystyczny, bo Andrzej, mieszkający w Tarnowie, podczas skręcania z Drewnoskiej we Włókniarzy chciał wjechać na remontowany pas. Śmialiśmy się, że byłoby z tego ładne zdjęcie - Młoda Para wypychająca samochód z Włókniarzy.
Pod kościołem byliśmy za wcześnie, więc czekaliśmy sobie na łączce nieopodal. Podjechaliśmy kilkanaście minut przed rozpoczęciem ceremonii, przywitaliśmy się z gośćmi i kiedy ci udawali się powoli w stronę kościoła, my ucięliśmy sobie pogawędke z dawno niewidzianymi znajomymi.


Nagle biegnie ojciec Florian (chyba), i krzyczy czy my zegarka nie mamy, bo się ceremonia za minutę zaczyna, a nas nie ma. No to szybciutko pod kościół, świadkowie są? Kamy nie ma, bo myślała, że od razu ma siedzieć na swoim miejscu :). Wszyscy się znaleźli, podszedł ksiądz, przywitał nas i w drogę. Ostatnią jako narzeczeni.

Michał nie do końca rozumiał ideę mojegio welonu, kiedy ma mi go opuścić na twarz, a kiedy podnieść, ale wszystko wyszło dobrze :) Na początku ceremonii tak mi się trzęsły nogi, że jedyne o czym myślałam to to, czy trzęsie mi się też sukienka.
Przysięgi złożyliśmy zgodnie, wyraźnie i w miarę głośno. Podczas ich składania zaczęły bić dzwony, co jeszcze bardziej podkreśliło wagę chwili. Miałam małe problemy z wsunięciem Michała obrączki, bo okazała się trochę za mała, ale przy jego pomocy się udało.
oto filmik z naszej przysięgi:
http://www.youtube.com/watch?v=bKgdJOCLol4
Głos pod koniec zaczął mi się załamywać. Tą drugą składałam już trochę nieświadomie. Jak w transie powtarzałam za księdzem, ale jakby mnie ktoś zapytał co mówiłam, miałabym problemy z powtórzeniem.Byłam tak przejęta całą sytuacją, że zabrakło miejsca na łzy wzruszenia. Zakręciły mi się w oczach dopiero w samochodzie, kiedy dotarło do mnie co się tak naprawdę wydarzyło. W sumie, to chciałabym po ceremonii spędzić chwilę tylko z Michałem. W spokoju. Bez fotografa, kamerzysty czy kierowcy.

Kiedy w rytm marsza mendelsona wychodziliśmy z kościoła goście bili brawo, a ojciec Florian kierował ruchem, wskazując nam gdzie mamy się udać, żeby przyjmować życzenia. Duuuuużo ludzi było i kiedy zobaczyłam kolejkę, która się do nas ustawiła pomyślałam, że zejdzie nam jakaś godzinka :)

Po życzeniach, ustawiliśmy się na schodach kościoła i zrobiliśmy wspólne zdjęcie ze wszystkimi goścmi. Następnie wszyscy wsiedli w różne środki transportu i udaliśmy się na salę.
Tutaj krótki reportarz z ceremonii ślubnej:
http://www.youtube.com/watch?v=L82Js9Glk2U
Tam też trochę czekaliśmy aż się wszyscy zjadą i na sygnał podjechaliśmy pod schody rezydencji Synowiecka. Mamy przywitały nas chlebem i solą, dostaliśmy szampana, wypiliśmy i rzuciliśmy za siebie. Potłukły się za pierwszym razem :)



Gdyby nie Ania O. pewnie zapomnielibyśmy o przeniesieniu przez próg, ale i ten etap wesela mamy zaliczony.

Na sali ustawiliśmy wcześniej projektor, który wyświetlał nasze wspólne zdjęcia. Miało to umilić gościom czekanie na Parę Młodą i okazało się bardzo trafionym pomysłem. Stał do oczepin.
Obiadek, pierwsze toasty ojców i Andrzeja. Słowa, które dla nas przygotowali były bardzo wzruszające. Było o nas, o rodzinie i wartościach.



Pierwszy taniec. Pamiętam, że w ogóle nie zwracałam uwagi na to, co dzieje się wokół nas. Tańczyliśmy i śpiewaliśmy, jakbyśmy tylko my tam byli.
http://www.youtube.com/watch?v=GjRytXfZEh8

No i zaczęła się imprezka!! Tańce, śpiewy, kolejne toasty i mowy gości (również wzruszające), prezentacja gości i naszej księgi ślubnej, pyszne jedzonko i dużo śmiechu.
toasty


Leszek i Sylwia wpisują się do naszej księgi ślubnej :)

z Kamą, która pomogła w organizacji (przed imprezą), jak również w jej trakcie

tańce








a tu proszę AIESECowców o zwrócenie uwagi, że ten pan w prawzm rogu i trzecia pani od lewej, to mój wujek i ciocia. Wywijali z nami do „Let’s get loud”.

Czas do 22:00 starsznie się dłużył. Na tą godzinę zaplanowaliśmy podziękowanie dla Rodziców i pamiętam, że kilka razy obawiałam się, że już po czasie. Zaprosiliśmy wszystkich na dół, gdzie na Rodziców czekała niespodzianka - zanim podziękowania, musieli wziąć uidział w sztafecie 4xpytanie dot. naszego związku. Było trochę zamieszania podczas prezentacji reguł, ale w końcu udało nam się rozbawionych Rodziców ustawić i zadać pierwsze pytanie. Odpowiedzieli na wszystkie, chociaż jedno sprawiło im sporo trudności. Mieli jednak wsparcie w Monice Jesień, która nie mogła ustać w miejscu tylko wszystkim podpowiadała.
Pałeczka w postaci butelki wódki dotarła do mety (w nienaruszonym stanie) i po krótkiej mowie, wręczyliśmy Rodzicom złote medale.
Taniec z Rodzicami, w rytm "Sunrise Sunset" wzruszył szczególnie moją Teściową i Tatę.
tłumaczenie reguł

pytania

wręczenie medali

taniec


z Tatą

z Teściem

Kolejna porcja tańców i o godzinie "zero" - oczepiny. Były krótkie, dokładnie takie, jak chcieliśmy i orkiestra zaangażowała w nie wszystkich gości. W rytm piosenki śpiewanej przez orkiestrę i przy gromkim akompaniamencie gości, Kama zdjęła mi welon, a Olek Michałowi przypinkę (rzucał potem krawatem). Rzucając welonem i krawatem mieliśmy zamknięte oczy i kręciliśmy się w kółko, więc nie ma mowy o celowym wybraniu "ofiar". Nowa Młoda Para, która po oczepinach odtańczyła razem taniec to Daria i Kobza.






Michał chciał koniecznie wykupić swój krawat od Kobzy, co kosztowało go 4 flaszki. Tym razem umiejętności negocjacyjne mojego już-męża nie były skuteczne :)

Chłopaki (Chajdi, Kobza i Leszek) odśpiewali przygotowane na tę okazję "Morskie Opowieści" co powodowało u wszystkich salwy śmiechu.Wiem jednak, że Michał się wzruszył. Co za przyjaciele ... Tego samego wieczora spuścili mu lanie pasem. Podobno na szczęście, ale nie powiem, żeby na zdjęciach wyglądał na szczęśliwego ;)


Po oczepinach znów kolejka do Młodych. Tym razem odbyło się wręczanie prezentów, za które wszystkie serdecznie dziękujemy.
Ślub to fajna sprawa. Takie duuuże święta :D


Momentem, który mnie bardzo wzruszył, było odśpiewanie przez Teścia "My love". Podziwiam za odwagę i piękny głos. Nie zważałam już na makijaż i pozwoliłam się sobie popłakać.

Jeżeli chodzi o krojenie tortu, to byliśmy zbyt chojni dla Rodziców, bo całe ostatnie pięterko pokroiliśmy na 4 części. Nie było przepychanek z nożem, bo kto naciska, a kto wyznacza kierunek, ten rządzi kasą, albo ją zarabia.


W ogóle, jak pomyślę o przesądach, o nakrywaniu suknią butów męża, o obracaniu się pod ołtarzem, o paleniu wiązanki, ... to niewiele z tego się wydarzyło. Miałam na sobie coś nowego, coś pożyczonego, coś niebieskiego i coś starego (ale to dopiero na imprezie), pierwsze życzenia pod kościołem złożył nam mój Tata, ... i ... to chyba tyle :)
Ostatni goście wyszli przed 6:00, a my poszliśmy do naszego pokoiku, przeczytaliśmy wszystkie kartki z życzeniami i naszą księgę ślubną i dopiero poszliśmy spać.
Szkoda, że tak szybko minęła ta noc...
Spędziliśmy ją z bliskimi i ważnymi dla nas ludźmi i wiemy, że powiedzenie, mówiące o dzieleniu się szczęściem, jest prawdziwe.

5 komentarzy:
Kończę chyba już na dziś czytanie, bo oczy będę miał czerwone na cały dzień.
Wspaniale się czyta takie wspomnienia :-)
Maciek
Ciekawa jestem tego trzeciego case Michała - znalazł się? ;)
Piękny dzień, piękna relacja. Raz jeszcze - serdecznie gratuluję! :D
Michał twierdzi, że źle pamiętam, bo on dzwonił z dwoma case'ami.
możliwe, bo byłam w stresie czy zdążę z tymi pazurami :)
jako osoba,ktora brala chyba najbardziej czynny udzial w przygotowaniu mojej kochanej siostry do jej wlasnego slubu(...) stwierdzam,ze wiadomo bylo,ze nie bedzie tak jak Daga sobie wszystko ladnie zaplanowala i rozpisala, bo musialo w tym wszytskim byc cos tak samo wyjatkowego jak panstwo mlodzi. strasznie jestem dumna i ciesze sie ogromnie,ze bylam swiadkowa mojej siostrzyczki:)
Kochanemu Siostrzykowi jeszcze raz dziękuję za pomoc.
bez niej, wzięłabym ślub w 2008 roku, o ile bym się na niego nie spóźniła ;)
Prześlij komentarz