
w barze

Ostatni dzień naszej podróży przedślubnej. Siedzimy już w samolocie, który kołuje właśnie na pas startowy i niedługo oderwiemy się od chińskiej ziemi.
Dziwny to kraj, ale bardzo mnie zafascynował i na pewno tu kiedyś wrócę.
System.
Taki kolorowy i zachodni ten chiński komunizm (przynajmniej na ulicach). Billboardy, firmy międzunarodowe, pełne sklepy, drogie samochody, zachodnie marki. A jednak gdzieś nad tym wszystkim czuwa wielki Mao, ogromne gmachy budynków urzędowych, wszechobecni mundurowi, szerokie (nawet 8-pasmowe) ulice, pracownicy w czerwonych opaskach na ramionach. Dziwi mnie, że mając tak duży dostęp do tego "jak to jest na zachodzie" i taką masę ludzką, system się tu jeszcze nie zmienił.
Doświadczyłam po raz pierwszy kontroli internetu (nie działa m.in. wikipedia).
Bezrobocie.
Według anglojęzycznej gazety, którą Michas wziął na lotnisku bezrobocie w Chinach wynosi 4,5%. No tak. Biorąc pod uwagę m.in. zawody typu: bileter w komunikacji miejskiej (min. 1 osoba sprzedająca bilety w środkach transportu; nie ma biletów w kioskach), osoby pilnujące porządku na przystankach (mają po czerwonej horągiewce i opasce na ramieniu i pilnują, żeby ludzie stali w jakimś tam porządku, żeby się autobusy zatrzymywały i takie tam inne nie potrzebne nikomu czynności), ludzie pilnujący, żeby piesi i rowerzyści nie przekraczali skrzyżowań na czerwonym świetle, albo w niedozwolonym miejscu (samochodów to w takim stopniu nie dotyczy), policjanci, którzy zmieniają światła (mają kluczyk dostępu i zmieniają biorąc pod uwagę natężenie ruchu. Chyba). W tym kraju nie ma moim zdaniem osoby, która by nie pracowała. Coś się dla bezrobotnego zawsze znajdzie (odpowiedzialność za odkurzanie mportretów "śmierdziela w mundurku" np.)
Porządek na ulicach.
Bardzo pozytywnie mnie Pekin zaskoczył. Miasto jest naprawdę bardzo zadbane i czyste. Ale co tu się dziwić, jeżeli co 500m mija się sprzątacza, który zamiata chodniki. Psów jest mało (widziałam słownie 4 sztuki) i nawet trochę niechlujny sposób jedzenia Chińczyków (np. plują pestkami gdzie popadnie) i bardzo popularne w tym kraju charchanie pod nogi (czasem niestety współużytkownikom chodnika) nie psuje ładu i porządku.
Zabytki.
Widzieliśmy Zakazane Miasto i Świątynię Nieba. Zadbane, odmalowane, w trakcie renowacji. Robią wrażenie. Nie udało nam się zobaczyć Pałacu Letniego. Następnym razem.
Świątynia Nieba




Rowery.
Jest ich po prostu MASA. Jednego dnia zwiedzaliśmy miasto po chińsku, czyli właśnie na rowerach. Większość dróg jest dość szeroka, żeby zmieścić 2-3 pasy dla samochodów i jeszcze szeroki pas dla rowerzystów. Wszędzie asfalt Bardzo sympatycznie się tak poruszać. Chociaż ilość wdychanych spalin może taką przyjemność łatwo popsuć.
Zdecydowałam się po tym na kupno roweru miejskiego.


Smog.
Pierwszego dnia myśleliśmy, że to taka mgła zmieszana z chmurami, ale jednak nie. Jest to spory problem tego ogromnego miasta.
Nie sprzedawać Chińczykom więcej samochodów :)
Segregacja śmieci.
Jest na wysokim poziomie, kosze na ulicach podzelone są na "recyclabe" i "rest". Za plastikowe butelki musi bgyć jakiś Pfund, jak w Niemczech, bo ludzie je od nas zbierali.
Moja teczka w Chinach. :)
Wymiana pieniędzy nie odbywa się w jakimkolwiek kraju, w którym przyszło mi to robić. Wypełnia się dwie deklaracje (imię, nazwisko, numer paszportu, narodowość, data i miejsce urodzenia - ciekawe co powiedzą na Zgierz :) - kwota wymienianej waluty) i do tego trzeba dać jeszcze ksero paszportu (strony ze zdjęciem). Wymienialiśmy dwa razy. Tzn. ja wymieniałam, bo moje dane widnieją na deklaracjach, więc wnoszę, ze mam swoją teczkę jako "imperialistyczna świnia" w tym czerwono-żółtym kraju. Dodatkowo kilka razy (bezskutecznie) próbowałam sprawdzić pocztę (home.pl), wejść na wikipedię i przeszukiwałam google w pisująć "free Tibet". Głośno też wypowiadałam się na ulicy (nie muszę wspominać, że niezbyt pochlebnie) o Przewodniczącym Spoczywającym.
Skończyła się nasza podróż przedślubna. Kolejny rozdział National Geographic. Spędziliśmy w podróży 25 dni, odwiedzając 3 kraje. Spaliśmy w ok. 3 pociągach, 7 gerach, 4 schroniskach. Jedliśmy kozinę, spleśniałe jajka, banany w cieście, piliśmy dziwne oranżady, jogurty przez słomkę, itd. Dziwne, ale chyba uzależniam się od podróży. Jakoś tak nie mam ochoty wracać. Już nie mogę się doczekać następnej wyprawy. Ciekawe dokąd tym razem ...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz