wtorek, października 03, 2006

Rejs kawalerski - 6 dni na Mazurach

Pomysł padł jakiś czas temu – nie chciałem żeby był to po prostu kolejny typowy wieczór kawalerski, a dodatkowo nie widziałem się z chłopakami dosyć długo przez wszystkie moje wyjazdy (w sumie to od sylwestra), a jeszcze dodatkowo na maxa chciałem pożeglować, no więc decyzja zapadła i odwrotu nie było. Organizatorem imprezy był Chajdi, ale Leszek z Kobzą wspierali go dzielnie pomysłami i robocizną.

Ogólnie nie spodziewałem się jakichś wypasów – ot, kolejny rejs z najlepszymi kumplami. W sumie sam ten fakt był już wystarczającym powodem do wielkiego zadowolenia dla mnie. A tu okazuje się, że rejs był zupełnie inny i chyba lepszego nie mógłbym sobie wyobrazić…

Wyruszyliśmy o 5 rano, 9.09. w sobotę. W sumie była nas czwórka – oprócz mnie Chajdi, Leszek i Kobza. Kilku jeszcze chłopaków miało pojechać, ale praca lub studia zatrzymały ich w domu.

Podróż, jak podróż – nudna i długa, umilana kawałami męskimi i pierwszymi rozmowami o laskach itp. Nasz port macierzysty był w Wilkasach, koło Giżycka. Piękny jacht!!

Tango 780 Family Sport. Początkowo się bałem, że ponieważ to jest i Family i Sport, to nie będzie w sumie ani jedno ani drugie, ale w sumie nie było potrzeby – łajba chodziła jak marzenie. Nazywała się Gosik (sic!), ale nazwa była zupełnie niezamierzona i bez podtekstów. Podczas przygotowywania łódki chłopaki wytapetowali cała kabinę plakatami z Maxima, Playboya, CKMu itp. Dodatkowo Chajdi przywiózł całą swoją kolekcję magazynów erotycznych odkąd tylko zaczął zbierać, a że to jest znany na mieście zbereźnik, to mieliśmy wszystkie męskie gazety od 1997 roku.

Na samym początku chłopaki wręczyli mi koszulkę z napisem Rejs kawalerski Mike’a, którą sami zresztą też mieli.


Chwila przygotowań i ruszyliśmy.

Pierwszy dzień wiało jak cholera. Na moje oko pod 6. Popłynęliśmy na północ i przejście Kisajna bajdewindem przy tej pogodzie wymagało niezłych umiejętności. Jak się potem okazało to był jedyny dzień, kiedy mieliśmy porządny wiatr. Potem już raczej flauta. Dopłynęliśmy do Sztynortu, gdzie po raz pierwszy na tym rejsie zobaczyliśmy cudowny zachód słońca (więcej miało nadejść).

Pływanie we wrześniu ma dobrą i złą stronę – dobra to taka, że jest pusto na jeziorach; zła to taka, że jest pusto w tawernach. Sztynort, w ciągu lata tętniący życiem, teraz raczej przymierał i szykował się do snu na zimę. Dodatkowo Zenza (legendarna tawerna żeglarska) została przeniesiona do jakiegoś hangaru bez klimatu i raczej nic z niej już nie będzie (aaa!!!).

Kolejne dni minęły na raczej powolnym żeglowaniu

i piciu piwa w pustych portach wieczorami. I tak zahaczyliśmy o Węgorzewo (mój pierwszy raz), zrobiliśmy małą postój na starej śluzie niemieckiej,

zatrzymaliśmy się w moim najpiękniejszym miejscu na Mazurach (a być może w całej Polsce) – zatoce Zimny Kąt na Łabędzim Szlaku,

spędziliśmy noc w pustych Mikołajkach, gdzie spotkaliśmy Jaworka (!!),

powtórzyliśmy noc z bestią na Bełdanach przy ognisku, gdzie upieczona została przez nas kura na ogniu – piekła się skubana ze 3 godziny, ale za to smakowała jak żadne inne mięso, które do tej pory jadłem

i robiliśmy wiele innych rzeczy.

Ogólnie rejs był po prostu bomba. Chłopaki spisali się na medal – oprócz koszulek i lasek na pokładzie, mieliśmy banderę z napisem Mike Rejs.

Dodatkowo zbieraliśmy grzyby, których na Mazurach była od groma

łowiliśmy ryby

co dwa dni mieliśmy ognisko, a przy nim gitara i szanty. Szczególnie jednego wieczoru chłopaki ułożyli kilka zwrotek (5 stron A4!!) Morskich Opowieści na mój i Dagmary temat:

Dzisiaj Michał złowił ryby
płotka sandacz i okonia.
Zamiast je oskrobać

Wali sobie ***


Na Mazurach Michał żeglarz
dmucha sobie co popadnie
Ale sam on chyba nie wie

czy Daga z mleczarzem nie wpadnie


przepraszam za niecenzuralne teksty, ale:
Może ktoś się bardzo zżymał,
mówiąc, że to zdrożne wieści,
ale to jest właśnie klimat
Morskich Opowieści

Rejsu na pewno nigdy nie zapomnę – dzięki chłopaki za zorganizowanie go w ten sposób. Dołączam jeszcze kilka fotek, niezapomnianych widoków jezior mazurskich. Gdzieś na Jagodnem, gdy leciały nad nami klucze żurawi, podnieśliśmy kieliszki z Wściekłymi Psami i wypiliśmy toast – ‘Za przyjaźń’.

Brak komentarzy: