Dzień ślubu. Wielki dzień? Nasz dzień? Dzień marzeń? Czy może zwykły dzień zakończony imprezą?
Starałem się podejść do tego dnia bez żadnych oczekiwań. Oczywiście nie było to wcale łatwe – po prostu odciąć wszystkie swoje emocje i na pełnym luzie podejść do własnego ślubu. Akurat. Trema była. Ale jednocześnie pozwoliłem rzeczom toczyć się własnym torem i samemu tylko surfować po wydarzeniach, raczej niż przejmować się każdym małym szczegółem. Moja filozofia życiowa – otwórz się a pole energetyczne zrobi resztę.
Mała trema przyszła ok. 13:00. Zacząłem się ubierać w garnitur, żeby sprawdzić, czy wszystko gra i oczywiście okazało się, że nie mam paska do spodni. Na szczęście Chajdi był akurat w sklepie z paskami i w błyskawicznej akcji kupił mi jeden pasek (pole energetyczne jest po mojej stronie). Przed wyjściem było oczywiście trochę emocji – mama przygotowała moje ulubione ciasto, ciocia Krysia z góry przypinała mi kwiatki, które nie chciały ni cholera pasować do garnituru, puściliśmy Sunrise Sunset ze Skrzypka Na Dachu i ok. 15:00 wyjechaliśmy do Dagmary, żeby oficjalnie spotkać się z rodzicami Panny Młodej przed ślubem i napić się symboliczny kieliszek wina. Kiedy Dagmara zeszła na dół i zobaczyłem ją po raz pierwszy, przed oczami przeleciało mi moje życie z nią, nasze szczęścia, smutki, wielkie sukcesy i porażki, odkrywanie tajemnic świata, rozwijanie naszej wspólnej świadomości i miłość. Bez wątpienia dzisiaj stanie się coś więcej niż tylko zawarcie związku małżeńskiego. Dzisiaj zacznie się podróż po doświadczeniu. Moja narzeczona wyglądała olśniewająco. Wychodząc z domu, spojrzałem na słońce, które już powoli chyliło się ku zachodowi. Wziąłem głęboki oddech i pomyślałem, że to samo słońce zachodzi właśnie nad Tsagan Nuur w Mongolii. Przypominało mi się jezioro, wzgórza dookoła, pustka i jedyny dźwięk jaki się wtedy słyszy – cichy świst wiatru.
Pojechaliśmy do kościoła Toyota Avensis Andrzeja, którą dziewczynki z Anią przyozdobiły w białe kokardy na zewnątrz i wewnątrz. Przed kościołem czekała już większość gości. Ceremonia przebiegła idealnie. W sumie pamiętam ją bardzo dobrze. Pamiętam, że starałem się skupić na oddechu i połączyć z tym co ksiądz mówi do nas. Chyba przez to, że byliśmy tacy otwarci i pełni miłości, ksiądz też czuł się lepiej i widać było, że mówi z przejęciem i zwraca się do nas osobiście. Jednak najważniejszy moment ceremonii – przysięga, była prawdopodobnie najbardziej mistycznym momentem mojego życia. Kiedy wypowiadałem te najważniejsze słowa w moim życiu, patrzyłem na Dagmarę, usłyszałem w tle dzwony, które zaczęły rozbrzmiewać, niby na zewnątrz kościoła, ale wydawało mi się, że rozbrzmiewają wewnątrz mnie – w moim sercu i głowie i że słyszą je wszyscy goście w kościele, i że oni też czują jak dzwony dzwonią gdzieś w ich wnętrzu rozpalając miłość, jakiej w życiu jeszcze nie doznali. Tak promieniowały nasze słowa, twarze i serca podczas przysięgi. Kiedy ksiądz powiedział do nas, że jesteśmy już mężem i żoną, nie wytrzymałem i po prawym policzku spłynęła mi łza szczęścia. Co Bóg złączy, człowiek niech nie rozłącza. Tego dnia Bóg złączył dwie piękne dusze.
Gdy dojechaliśmy na wesele, przeszliśmy raz dwa przez rytuały chleba i soli, szampana, przenoszenia przez próg i od razu zabraliśmy się za jedzenie. Z całego wesela kolejnym magicznym momentem, który zrobił na mnie największe wrażenie był pierwszy taniec. Nie chodzi mi o nasze ruchy, bo tych nie było wcale, tylko o piosenkę, którą wybraliśmy – Come What May z musicalu Moulin Rouge. To jest chyba ta piosenka, którą powinni śpiewać wszyscy młodzi małżonkowie. Słowa piosenki brzmią jak druga część przysięgi. Come what may – I will love you, until the end of time. Nie pamiętam nic, co działo się poza naszą dwójką. Pamiętam oczy Dagmary, jej uśmiech, piękną twarz i w tle słowa tej cudownej piosenki. Znowu wstąpiła w nas jakaś energia, która sprawiała, że tańcząc unosiliśmy się nad ziemią, a nasz blask czuć i widać było w całej Łodzi. Połączyliśmy się z miłością wszechświata i za każdym razem kiedy słucham tej piosenki wraca do mnie kawałek tego uczucia – miłości wszechświata, boskiej miłości.
Potem były cudowne przemowy ojców, Andrzeja (przy której nie wytrzymałem i poryczałem się jak dziecko), Sylwii, Chajdiego i Kobzy. Siedząc na czubku stołu i mając po swojej prawej stronie najbliższych mi przyjaciół, a po lewej najbliższą rodzinę – prawie 80 osób, które przyszły tu tylko z naszego powodu, uświadomiłem sobie jak szczęśliwym jestem człowiekiem i jakie szczęście mnie spotkało, że mam tych wszystkich wspaniałych, kochających ludzi, z którymi przyszło mi dzielić ten magiczny moment. Wszystkim tym osobom z całego serca dziękuję, że są.
Reszta wesela upłynęła już na tańcach i piciu. Dostaliśmy super prezenty (mamy już całe wyposażenie kuchni), podziękowaliśmy rodzicom (czwórce wspaniałych ludzi), pokroiliśmy tort i ogólnie było bomba.
Dzień skończył się nad ranem, na czytaniu życzeń od gości, przeglądaniu prezentów i… krótkiej drzemce.
23.09.2006. Najbardziej magiczny i pamiętny dzień w moim życiu. Życzę każdemu na świecie, żeby chociaż w połowie, zaznał miłości, którą z Dagmarą dzielimy. Nic lepszego człowiekowi w życiu nie może się zdarzyć.
2 komentarze:
Michał, albo ty się tak zmieniłeś przez nieobecność w Polsce albo ze mną coś nie tak.
Jestem w pracy i czytam Twoje wspomnienia ze słubu i... po prostu się popłakałem. Zaraz wszyscy to zobaczą na naszym open space...
Przepięknie opisałeś Wasz dzień. Wierzę, że to jednak nie był jedyny taki dzień, a szczęście będzie Wam cały czas dopisywać.
Maciek
juz dawno temu chcialam napisac jak wielkie wrazenie zrobil na mnie ten tekst,ale nie wiedzialam jakich slow mam uzyc.nadal nie wiem co byloby najbardziej adekwatne,wiec napisze,ze po przeczytaniu tego wzruszylam sie strasznie i niesamowicie sie ciesze,ze moja siostra ma tak wyjatkowego meza...jestem Michal pelna podziwu dla Twoich zdolnosci poetyckich i chyba kazdy, komu dalam ten tekst do przeczytania:):)szczegolnie czesc zenska reagowala wzdychaniem:)
Prześlij komentarz