niedziela, listopada 05, 2006

Zakopiec - family reunion

Krótka przypowieść o naszym niesamowitym wypadzie do stolicy polskich gór. Ogólnie odkąd przyjechałem z zagramanicy staram się zwiedzić wszystkie zakątki Polski, o których śniłem w zimne ukraińskie, węgierskie i holenderskie noce. Dlatego po Mazurach przyszedł czas na Tatry. Był koniec września, więc ludzi powinno być mniej, ale i tak to nie miało znaczenia – musiałem zobaczyć Giewont i koniec.

Pojechaliśmy z Dagmarą, moim bratem i siostrami. Spotkaliśmy się w Krakowie (Ola i Jula dojechały z Tarnowa) i wzięliśmy busa do Rabki. Rabka to uzdrowisko dziecięce w Gorcach. Jako dzieci jeździliśmy tam co roku. Mój pierwszy raz o ile pamiętam był w 1987 roku w uzdrowisku Leśny Ludek. Potem byłem kilka razy w różnych sanatoriach – Słoneczny Raj, Jagiellonka, Świt i kilku innych. Ogólnie z Rabką związane są moje najlepsze lata dzieciństwa. Tutaj spędzałem większość wakacji, poznając urok gór, spotykają dzieciaki z całej Polski, przeżywając moje pierwsze miłości itp.







Przyjechaliśmy do Rabki z dwóch ważnych powodów. Po pierwsze, wszyscy w czwórkę (ja, mój brat i moje dwie siostry), chcieliśmy powrócić do korzeni i zobaczyć jak dziś wygląda Rabka, którą pamiętamy. Po drugie, zrobić sobie zdjęcie na Bani. W 1993 roku na najsławniejszym wzgórzu w Rabce (Bania, 692 m) cyknęliśmy sobie zdjęcie na pochylonej sośnie. Teraz próbowaliśmy tą samą sosnę znaleźć, ale niestety nie przetrwała ostatnich 13 lat. Ale zaraz obok, w bardzo podobny sposób pochylona stała brzoza. Wskrobaliśmy się na nią i zrobiliśmy zdjęcie. Studium zmian fizyczno-psychologicznych młodzieży polskiej na przestrzeni 13 lat. Oba zdjęcia do porównania. Od lewej (dzisiejszy wiek): Jula (16), Ola (18), Olek (22), ja (26).



Parę godzin później siedzieliśmy już w autobusie do Zakopanego, gdzie dotarliśmy wieczorem. Mieliśmy bardzo ładny domek na drodze do Olczy.



W sumie tani (20 zł), ale dojazdy do i z miasta kosztowały kolejne 2 zł, więc w sumie można było wziąć domek w centrum za 30 zł i na to samo by wyszło. Ale nie ważne.

Pierwszego dnia była bardzo kiepska pogoda, ale wybraliśmy się do Murowańca.



Stamtąd ruszyliśmy na Kasprowy Wierch, klucząc w chmurach i nie widząc nic dalej niż 5 metrów.



Na Kasprowym okazało się, że tylko polska strona cierpi dzisiaj na zachmurzenie, bo Słowacja ukazała się nam jak na talerzu. Pięknie.



Następnego dnia poszliśmy ze Strążyskiej na Giewont i zeszliśmy z drugiej strony do Kuźnic. Pogoda dzisiaj była już idealna i dostałem to co chciałem – majestat gór na talerzu. Zapierające dech w piersiach widoki z Giewontu, czy Hali Kondratowej.



Schodząc z Giewontu odezwało się moje kolano i niestety następne dwa tygodnie spędziłem w zakładzie rehabilitacyjnym na zabiegach przywracających mnie do stanu używalności. Tego samego dnia Ola miała 18 urodziny, więc pod Giewontem wypiliśmy butelkę szampana, a wieczorem zrobiliśmy ognisko i kiełbaski.



Piękny wyjazd, przypominający mi, zarówno to gdzie jest moje miejsce, jak i jak cudownie jest być z ludźmi, których kochasz.

1 komentarz:

Dagmara pisze...

Od siebie dodam, że bardzo miło było móc wyjechać z moją nowo nabytą Rodzinką w polskie góry.
Podobno zostałam zaproszona dlatego, że kilka dni wcześniej przyjęłam nazwisko Janiszewska. Warto było :)