sobota, lutego 12, 2011

United vs. City

Frank Swift urodził się w 1913 roku w Blackpool, gdzie spędził pierwsze dziewiętnaście lat swojego życia, trenując piłkę nożną w lokalnych klubach. W 1932 roku przeniósł się do Manchesteru City, gdzie początkowo ze zmiennym szczęściem, stał się jednym z najlepszych bramkarzy okresu przedwojennego. Od swojego debiutu w 1933 roku, zagrał dla Citizens w ponad 200 spotkaniach z rzędu. W całym okresie od 1933 roku do II Wojny Światowej opuścił tylko jedno spotkanie. W pierwszym swoim sezonie z Swiftem w bramce Manchester City dotarł do finału Pucharu Anglii. Po ostatnim gwizdku i wygranej City 2:1 z Portsmouth ze Swifta uszło napięcie i zemdlał. Koledzy z zespołu ocucili go i w ostatniej chwili otrzymał medal z rąk króla Jerzego V. Przez całą karierę związany był z Manchesterem City, w którym wystąpił łącznie 338 razy, aż do 1950 roku, stając się legendą klubu.


Po zakończeniu kariery piłkarskiej Swift został dziennikarzem News of the World. Dokładnie 53 lata temu, 6 lutego 1958 roku, wsiadał jako dziennikarz na pokład samolotu z całą drużyną Manchesteru United powracającą z Jugosławii ze swojego spotkania w europejskich pucharach. Samolot musiał lądować w Monachium, aby uzupełnić zapasy paliwa. Niestety, po próbie ponownego startu, maszyna rozbiła się i coś co dzisiaj znamy jako Munich Air Disaster stało się faktem. Dwudziestu z 44 pasażerów samolotu zginęło. Pomiędzy nimi byli tacy piłkarze Manchesteru United jak Roger Byrne, Duncan Edwards, Eddie Colman czy David Pegg. Wśród ofiar był również Frank Swift, który zmarł w drodze do szpitala.
Dzisiaj po 58 latach "fani" Manchesteru City, aby zakpić sobie z ich lokalnego rywala, przywołują dzień tragedii i z radością w sercu wypisują MUNICH na murach miasta, w tym na ścianach centrum treningowego MU - Carrington. A ja się zastanawiam, czy w całej ich miłości do swojego klubu nie zapomnieli, że wśród ofiar był również Frank Swift - legenda niebieskich.



Derby Machesteru - 12.02.2011r.

Nie będę rozpisywał na temat meczu. Manachester is red, yet again, i kropka. Będę rozpisywał się na temat bramki Rooneya. Nie, przepraszam, nie bramki. Wszystkie inne bramki świata nie zasługują, aby porównywać je do tego co zrobił Rooney w 80' minucie meczu. Ten scenariusz nie mógł napisać się przecież lepiej. Na Old Trafford przyjeżdża lokalny rywal. Derby. Ogląda to cały świat. Remis mocno nadwyręży nasze szanse na mistrzostwo, a w dodatku pomoże City. Prowadzimy 1:0, ale cholerny pech sprawia, że City wyrównuje. Jest 80' minuta. Czyżby tak to się miało zakończyć? Nie oczekuję finiszu jak dwa temu, kiedy Owen strzelił bramkę na 4:3 w 97' minucie meczu. Ale dostałem finisz o niebo lepszy.
To musiało się tak potoczyć. To musiał był Rooney, po wszystkich spekulacjach związanych z jego odejściem do City. To musiała być Przewrotka, po miesiącach grania bez formy. To musiało być w drugiej połowie przed trybuną zajmowaną przez kibiców City. To wszystko musiało się właśnie tak potoczyć.
Z resztą, szkoda słów. Ustawcie sobie na automatic replay i miłego wieczoru.

Brak komentarzy: