piątek, września 01, 2006

11.08.2006, piątek

6:20 czasu moskiewskiego (9:20 czasu nowosybirskiego). Położyliśmy się wczoraj wcześniej, żeby dzisiaj wcześniej wstać, bo najwyższa pora zacząć się przestawiać na nową strefę czasową. Pojutrze wysiadka w UB o 7:35 czasu lokalnego.

Dzisiejszy widok za oknem już inny niż wczoraj. Nadal zielono, ale drzewa, odnoszę wrażenie, jakieś takie marniejsze. No i więcej iglastych. Teren bardziej urozmaicony - pagórki, dolinki, wąwozy. Domy, jak to powiedział Michał - charakterystyczne dla tego regionu. Mają takie dachy:






przejazd kolejowy (zwróćcie uwagę na jezdnię pod szlabanem)


Mój obraz tych dalekich terenów Rosji kształtowany był przez lekcje historii, które mówiły o zapomnianych terenach, gdzie totalitarna władza zsyłała krnąbrnych mieszkańców, obywateli, towarzyszy. Potem przeczytałam jeszcze "Gułag" i to dopełniło wizji opuszczonych obozów pracy i biednych wiosek, w których nikt nie chce mieszkać, a spotkać można tylko nierobotnych bimbrowników, którzy mają na bakier z prawem.

Do wczoraj tereny, przez które przejeżdżaliśmy przypominały trochę Polskę. Fakt, bardziej rozproszoną geograficznie i logistycznie, oraz biedniejszą, ale jednak. Chodzi mi o wsie, bo miasta różnią się zasadniczo. Te dość monotonne widoki nie były dla mnie aż tak porywające i ciekawe. Dzisiaj podoba mi się znacznie bardziej. Jest zdecydowanie więcej różnorodności. A zamieszkałe, a czasami nawet rozbudowujące się miasteczka i wioski bardzo skutecznie rozbiły mój stereotyp o Syberii.

Moje kochanie tak ślicznie pisze, że ja już nie mam nic do dodania.
Niektóre (większość) miasta, przez które przejeżdżamy ma charakterystyczną strukturę - złożone są z bloków, które dominują w centrum, i okalających je niby-slumsów.

Mieliśmy właśnie poranny postój w Krasnoyańsku. Bardzo ładny dworzec mają. Mają też szeroką rzekę wijącą się między górami. Właśnie przejeżdżamy przez most. Malowniczy widok. A na brzegu 4 żurawie wyglądające, jak przyjazne smoki.



Pogoda nadal śliczna. Chłodno, ale świeci słońce. Czasem zbierają się deszczowe chmury. Deszczu jednak na razie nie widzieliśmy.

Robienie zdjęć z pociągu wcale nie jest łatwe. Po pierwsze trzeba zauważyć i wykorzystać przecinkę w drzewach. Po drugie, trzeba zrobić zdjęcie między słupami trakcyjnymi (ok. 0,8 sekundy). Po trzecie, trzeba nastawić dobry fokus i odcień bieli (bo pociąg cały czas się rusza). I po ostatnie, trzeba złapać horyzont w linii poziomej.

Ale Michas bardzo chętnie ją wykonuje. Dzisiaj sceneria jest zdecydowanie ciekawsza, bo mój Narzeczony częściej chwyta aparat i biegnie na korytarz do otwartego okna.

Zdecydowaliśmy się wziąć w Mongolii jeepa, ale nie wiemy jeszcze dokładnie dokąd. Michas czyta przewodnik.

Nasi konduktorzy przygotowują sobie jedzenie w takim dziwnym pomieszczeniu gospodarczym na końcu waganu, obok drzwi wejściowych. Wygląda to trochę jak mała kotłownia, a trochę jak polowa kuchnia. Przygotowują tam sobie "typowo chińskie posiłki" (słowa Michała).

Na postoju kupiliśmy sobie obiad od babuszki: dwa mielone z ryby (myślałam, że zwykłe), 2 pierożki z kartożką i dwa naleśniki z serem. Miła odmiana po zupkach w proszku. Coś bardziej normalnego. Tłuste było, ale dobre.

Zegarek podręczny przestawiliśmy już o 6 godzin. Z naszych obliczeń wynika, że będziemy musieli przestawić jeszcze o jedną. Dzisiaj jeszcze jeden postój i będziemy się szykować lulu. Jutro ostatni dzień, a w niedzielę rano wysiadamy w Ułan Bator. Dzisiaj na porannym przystanku widzieliśmy mongolskiego mnicha, który wsiadał do pociągu. Może wysiądzie z nami.

Nadal nie wiemy co zobaczyć w Mongolii. W przewodniku opisują sporo ciekawych miejsc, które znajdują się w naszym zasięgu. Zdecydowani jesteśmy na jeepa. Trochę więcej nas to wyniesie niż planowaliśmy w budżecie, ale da nam więcej swobody i spokoju. Lonely Planet poleca iść w tej sprawie do jednego z guesthouse'ów. Tam się wszystko wyjaśni.

Podobno trening czyni mistrza, a ja w remika ciągle przegrywam. Michas mówi, że powinnam chuchać na karty, jak on :)

Dzisiaj mija nasza średnia widzeń, które mieliśmy w ostatnim roku Widywaliśmy się średnio 10 dni (chociaż chyba było tego trochę mniej - 6 dni byłoby bardziej adekwatne). A to oznacza, że według przyzwyczajeń powinniśmy się dzisiaj zacząć żegnać. I do zobaczenia za 2-3 miesiące. Na kolejne 6 dni.

Do mnie chyba nadal nie dotarło, że to już koniec. Że nie będziemy się (przynajmniej przez jakiś czas) żegnać na tak długo. Jak to do mnie dotrze, na pewno będzie to super uczucie.

Zawieranie znajomości przez różne kraje. Według opowiadania Michała, Ukraińcy znają się już po 5 minutach od wejścia do pociągu. Po kilkunastu idą razem zapalić, po kolejnych kilkunastu kupuja pół litra, które jest puste po "krótkiej drzemce" Michała (zakładam, że nie dlużej niż godzinkę taka drzemka trwa). Po kolejnych kilku butelkach razem żygają na współpasażerów. :)
Obserwacja z tej podróży - Skandynawowie, żeby wspólnie usiąść przy butelce wódki (ok. 7-8 osób na pół litra) potrzebują 3 dni.

Cytat z naszego przewodnika: "Mongolian language is like two cats coughing and spitting at each other untill one finally throws up."
No przecież to oni w końcu stoją na Hosok Tere jako 7 przywódców-założycieli pańtwa. Od nich się w końcu nasi kochani Węgrzy zaczęli. Jak na razie jednak, po przejrzeniu podstawowych słów i zwrotów, nie dostrzegliśmy uderzającego podobieństwa. Mają owszem sporo umlautów i czytając to, co jest napisane nie mam tak samo bladego pojęcia o czym mowa. Zupełnie jak po węgiersku. A żeby było jeszcze weselej/trudniej, mongolski pisze się cyrylicą (!!).
Lonely Planet podaje na szczęście pisownię w oryginale, jak również przy użyciu alfabetu łacińskiego.
khot - miasto
kino - kino
zuu - sto
zun - lato
ulaan - czerwony
baatar - bohater
takhi - konik Przewalskiego

Brak komentarzy: