Michas popija coś, co nazywają herbatą, ale ani smakiem, ani barwą, tego trunku mi nie przypomina. Ja korzystam z chwili spokoju, nie na tej wyboistej drodze i piszę co wydarzyło się wczoraj, kiedy byłam zbyt zmęczona, żeby cokolwiek napisać.
przydrożny bar, ja, Mongoł i nasz jeep

W nocy było nam trochę zimno. Nagrzaliśmy kozą, ale przewiewny ger zrobił swoje. Obudziły nas kruki, bądź inne podone ptaki, które stołowały się na naszym dachu, wydając przy tym nie dające spać odgłosy. Po śniadanku na żeśkim powietrzu ruszyliśmy w drogę. W planie były dwa bliźniacze szczyty (2265 m) i spacerek w dół. Całość miała wynieść ok. 18 km i mieliśmy to przejśc w 10 godzin. Zaznaczę, że w Mongolii nie ma szlaków, wytyczonych ścieżek. Jak się idzie w góry, trzeba się liczyć z tym, że prawdopodobnie nikt przed tobą, obraną przez ciebie trasą nie szedł. Nie idzie się, jak w naszych polskich górach wężykiem, za panią w modnych czerwonych szpilkach, i nie jest się popychanym dziecięcym wózkiem z niezadowolonym i ogłaszającym to światu potomkiem. W Mongolii idzie się czasem przez chaszcze po kolana i malinowe dzikie chruśniaki, które czepiają się spodni (jeżeli ma się długie), czasem trzeba przejść przez strumień, któremu znudziło się płynięcie w korycie i postanowił eksplorować otoczenie szerokim rozlewem. Do tego należy jeszcze dodać dzikie zwierzęta, których jest tam więcej niż we wszystkich ogrodach zoologicznych w całej Polsce. Łosie, dziki, wilki, niedźwiadki i mniejsze lisy i ptactwo łowne są tam na początku dziennym. I teraz, w całej tej scenerii - my. Wybraliśmy się na przeprawę przez góry.
Minęliśmy klasztor, którego ruiny oglądaliśmy poprzedniego dnia i dość stromym zboczem wspięliśmy się na szczyt, na którym zobaczyliśmy pierwsze ovoo.


ovoo

Nagrzana polana pełna owadów, zejście w dolinkę, którą mieliśmy ominąć jakiś nieinteresujący nas szczyt i potem zacząć się wspinać na "nasze bliźniaki". Po obejściu górki Michas stwierdził, że coś jest nie tak, no nie idziemy w kierunku bliźniaków. Trafiliśmy jednak na wspomniany w przewodniku i przez panią w obozie gerów, żółty szlak (jedyny w kraju ;)). Decyzja należała do mnie: idziemy dalej żółtym, pewniejszym niż samowolne wyznaczanie ścieżek, ale wtedy omijamy górki, czy schodzimy i wspinamy się na szczyty po naszej prawej stronie, po niepewnym terenie. Zdecydowałam się na szlak, ale przez kilkadziesiąt kolejnych metrów szłam z wyrzutami sumienia, że Michas nie wejdzie na szczyty, z których na pewno roztacza się niesamowity widok.
odcisk bosej stopy gdzieś na szlaku

Żółty szlak doprowadził nas na polanę, na której Michał polował na dziką zwierzynę (be zrezultatów niestety). Za polaną ukazał się nam szczyt z kamieniami (trochę, jak nasze Pielgrzymy). Wspięliśmy się, a tam śliczne, duże ovoo.
w drodze na szczyt


ovoo na szczycie


na szczycie

Michas podziwiający okolicę

ovoo i Michas szykujący się do spożycia suchego prowiantu

Zrobiliśmy sobie postój, zjedliśmy kanapeczki, Michas wdrapał się na samą górę i stwierdził, że już nie wie gdzie jesteśmy, a gdzie być powinniśmy. Mapa jakoś kiepsko odwzorowywała teren. Dobrze, że mieliśmy kompas. Ustaliliśmy, że góra, na której właśnie byliśmy to Zuun Shireet Ull, Michał wyznaczył azymut, żeby ominąć dom prezydenta (podobno wejście na jego teren mogłoby się dla nas źle skończyć) i ruszyliśmy. Zaczęło się. Las, gołoborze (ogromne głazy), las, gołoborze, las, gołoborze, ...
droga w dół

widzicie mnie na kamykach? ;)


Miałam ze 3 kryzysy i skusiliśmy się na wodę ze strumyka. Kiedy w końcu wyszliśmy na polanę i zobaczyliśmy UB, Michas aż zawył ze szczęścia. Dwa autostopy i byliśmy w domku. Kolacja, spacer po nocnym UB i do łóżeczka.
już na dole. Widać UB.

Okazało się, że przeszliśmy ok. 12 km, zajęło nam to 10 godzin. Z wysokości 1645 m wspięliśmy się na 2057 m, potem na wysokość 2268 m (wyższy z bliźniaków, to jednak ten z ovoo i postojem) i do UB na wysokości ok. 1400 m.
To była bardzo męcząca wycieczka. Podziwiam mojego Narzeczonego, że wytrzymał moje humory. Ale byłam tak wykończona, że łzy leciały mi same.
4 komentarze:
Przedziwnym zbiegiem okoliczności ja przeżywałam podobne katusze i całkiem podobnie dziwię się, że mój Ł. nie zepchnął mnie w którąś z otaczających nas przepaści, tyle, że kilka tysięcy kilometrów dalej, w wąwozie Samaria na Krecie (16 km w 9 godzin)... dwa dni później! Mogłaś mnie ostrzec, że takie spacerki po górach wystawiają na próbę nawet najlepsze związki, to bym nigdzie się nie ruszała znad basenu ;)
no to faktycznie ciekawy zbieg okoliczności. mam nauczkę, żeby dzielić się naukami z przeżyć ze wszystkimi ;)
ale Ty na pewno też się dowiedziałaś czegoś o sobie, czego nie dowiedziałabyś się nad basenem :)
Owszem. Żeby być bardziej asertywną, gdy ponownie zostanie mi zaproponowana taka wyprawa :|
zapisz sobie to postanowienie i naukę o sobie, bo za rok wyleci Ci z głowy i znów się będziesz męczyć. i Ł. również. ;)
Prześlij komentarz