środa, września 06, 2006

17.08.2006, czwartek

Michał mówi, że za dużo piszę i że nikt tego nie przeczyta. No to się będę ograniczać.

Od dwóch dni (wyruszyliśmy wczoraj ok. 8:30) jedziemy "naszym" jeepem przez Mongolię Centralną. Jeep jest radziecki. Twarda z niego sztuka. Zawieszenie też jest twarde, co odczuwają nasze wnętrzności. Kierowca jest oczywiście narodowości mongolskiej i Michał dogaduje się z nim mieszanką angielskiego i rosyjskiego z dużą porcją języka migowego. Zainwestowaliśmy sporo w tą podróż, ale już widać, że warto było. Jedziemy kiedy chcemy, stajemy kiedy chcemy. Robimy zdjęcia i nie jesteśmy zależni od rozkładu jazdy tutejszych busów, ani od łaski kierowców. Pierwszy dzień to podróż UB-Karakorum. 373 km. 8,5 godziny.

Drogi.
Droga oznaczona na mapie kolorem czerwonym (główna i podobno najlepsza droga w kraju) na pierwszym odcinku z UB jest w stanie fatalnym. Asfalt wylano prosto na podłoże z ostrych, małych granitowych kamyków i asfalt ten się był w niektórych momentach rozszedł (nie wspomnę o ogromnych dziurach i małych dziurkach). Samochody z tej drogi zjeżdżają i porobiły się naturalne objazdy kilkupaskowe. Może nie lepszej jakości (górki i dołki również występują), ale o bardziej stabilnej nawierzchni. Potem fakt, asfalt jest ładny, gładki i nawet z rodzielającą pasy białą linią. Ale nasz kierowca na tej prostej i nudnej drodze dość często przysypiał. Po dzisiejszej drodze widać, że to taki mały mongolski rajdowiec i te "nasze europejskie/zachodnie drogi" go po prostu nudzą.

główna droga w kraju






a to już "naturalna droga"

Dzisiaj jechaliśmy z Karakorum do Tsetserleg. 126 km. 4 godziny. Po typowych mongolskich drogach. Jak to Michałowi powiedział właściciel hostelu z UB "We have only natural roads". I to by się zgadzało.

Mijaliśmy przepiękne krajobrazy, których nie da się opisać. Obawiam się, że nawet zdjęcia nie oddadzą niesamowitego charakteru i uroku tych miejsc.






Hodowle.
Mongołowie hodują krowy, kozy, owce, konie, jaki i wielblądy. Jak to powiedział Michał "cała Mongolia to jedno wielkie pastwisko". Zwierzaki pasą się same, niekiedy przeganiane przez jeźdźca na koniu. Do poganiania używają gługich na co najmniej 2 m kijów.





jaki




mały jak (specjalnie dla Almy ;))

Gery.
Jest ich całe mnóstwo. Stoją albo pojedynczo, albo w większych osiedlach. Niektóre mają anteny satelitarne, a kilka nawet baterie słoneczne.

Wczorajsze miasto, w którym się zatrzymaliśmy (Kharakorum) to dawna stolica Mongolii. Co prawda była nią tylko przez 40 lat, ale za to została założona przez samego Chinggis Khana. Z tej okazji, na 800-lecie istnienia państwa, rząd Mongolii planuje przenieść stolicę w 2020 z UB do Kharakorum.
Kilka ciekawych rzeczy:
1. Klasztor Erdene Zuu. To najstarszy klasztor w Mongolii. Zdecydowanie najładniejszy, jaki widziałem w tym kraju. Otoczony olbrzymim murem, chowa tajemnice mnichów buddyjskich.
2. Stare Kharakorum, czyli stolica z XIII-go wieku. Dzisiaj to wielka polana, z kilkoma wykopaliskami archeologicznymi. Z tego, co napisane było w przewodniku wynika, że musiała to być taka Atlantyda. Jedna z rzeczy, która miała się w stolicy znajdować, to fontanna tryskająca winem, airagiem i czymś tam jeszcze.

Michał przed murem okalającym klasztor


na terenie klasztoru










Niesamowita umiejętność, którą posiedli Mongołowie: pakowanie samochodów. W przeciętnym 5-osobowym samochodzie są w stanie pomieścić 7 osób dorosłych, jedno dziecko (obowiązkowo na kolanach pasażera siedzącego z przodu) oraz bagaże wszystkich podróżnych.

Dzisiaj nocujemy w Tsetserleg. Byliśmy w mieście ok. południa, więc wszystko dokładnie sobie obejrzeliśmy. Miasto jest stolicą aimagu (tagiego naszego województwa) i przewodnik pisze o nim "beautiful". Faktycznie, to miasto jest ciekawsze niż dotychczas przez nas widziane. Nadal jednak pusty, spory plac przed budynkiem samorządowym i obowiązkowe komunistyczne pomniki generałów i siłaczy psują charakter miasteczka, który nadało mu piękne położenie i bardzo dobrze zachowany klasztor (obecnie ciekawe muzeum).

w drodze do Tsetserleg




na terenie klasztoru w Tsetserleg
















muzealny klasztor


muzealny gtradycyjny ger

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Po pierwsze - nie waż się pisać mniej. Więcej pisz!

Po drugie - ja myślałam, że Wy własnoręcznie tego jeepa prowadziliście... Łeee... ;)

Po trzecie - patrząc na te zdjęcia, nawet ja, klaustrofobiczka, czuję, że agorafobia też nie jest mi zupełnie obca... Przytłaczające jest to niebo, taka masa błękitu nad głową!

A po czwarte - jak wygląda cielaczek jaka? ;)

Dagmara pisze...

po pierwsze - obiecuję, że będę pisać wszystko, co zapisałam w zeszycie. od jutra ruszam dalej z opisami i nadchodzą Chiny!!

po drugie - czy ja nie pisałam jak trudne byłoby prowadzenie samochodu w Mongolii? :) i na pewno wspomniałam, że mieliśmy kierowcę.

po trzecie - oj tak. przestrzeń niesamowita. Holendrzy na pewno czują się w Mongolii nieswojo. my na początku zatrzymywaliśmy jeepa co kawałek i robiliśmy zdjęcia. "bo przecież taka fajna ta przestrzeń". po kilku dniach daliśmy sobie spokój.

po czwarte - zaraz umieszczę zdjęcie najmłodszego jaka, jakiego udało nam się sfotografować.

Anonimowy pisze...

Słodziak ;)

Mariusz Sieraczkiewicz pisze...

Zdecydowanie jestesmy za tym bys pisala jak najwiecej. Prawde mowiac zagladamy dosc czesto na te strone hmmm po pierwsze poniewaz ciekawi jestesmy Waszych wrazen :D a po drugie sami ruszamy w strone Chin w maju. :D dlatego tez z niecierpliwoascia czekamy na ciag dalszy. Zazdroscimy spotkania z Dalaj Lama my jedynie bylismy w okolicy miejsca gdzie teraz mieszka.
Kamila i Mariusz :D

Mike pisze...

W Daralsalam? Przejezdzalem tam w ostatnie wakacje. Caly teren polnocnych Indii jest prawie tak samo magiczny jak Mongolia - podroz po Spiti Valley pamietam jakby to byl sen.

Pozdrowki

Mike