Od dwóch dni (wyruszyliśmy wczoraj ok. 8:30) jedziemy "naszym" jeepem przez Mongolię Centralną. Jeep jest radziecki. Twarda z niego sztuka. Zawieszenie też jest twarde, co odczuwają nasze wnętrzności. Kierowca jest oczywiście narodowości mongolskiej i Michał dogaduje się z nim mieszanką angielskiego i rosyjskiego z dużą porcją języka migowego. Zainwestowaliśmy sporo w tą podróż, ale już widać, że warto było. Jedziemy kiedy chcemy, stajemy kiedy chcemy. Robimy zdjęcia i nie jesteśmy zależni od rozkładu jazdy tutejszych busów, ani od łaski kierowców. Pierwszy dzień to podróż UB-Karakorum. 373 km. 8,5 godziny.
Drogi.
Droga oznaczona na mapie kolorem czerwonym (główna i podobno najlepsza droga w kraju) na pierwszym odcinku z UB jest w stanie fatalnym. Asfalt wylano prosto na podłoże z ostrych, małych granitowych kamyków i asfalt ten się był w niektórych momentach rozszedł (nie wspomnę o ogromnych dziurach i małych dziurkach). Samochody z tej drogi zjeżdżają i porobiły się naturalne objazdy kilkupaskowe. Może nie lepszej jakości (górki i dołki również występują), ale o bardziej stabilnej nawierzchni. Potem fakt, asfalt jest ładny, gładki i nawet z rodzielającą pasy białą linią. Ale nasz kierowca na tej prostej i nudnej drodze dość często przysypiał. Po dzisiejszej drodze widać, że to taki mały mongolski rajdowiec i te "nasze europejskie/zachodnie drogi" go po prostu nudzą.
główna droga w kraju



a to już "naturalna droga"

Dzisiaj jechaliśmy z Karakorum do Tsetserleg. 126 km. 4 godziny. Po typowych mongolskich drogach. Jak to Michałowi powiedział właściciel hostelu z UB "We have only natural roads". I to by się zgadzało.
Mijaliśmy przepiękne krajobrazy, których nie da się opisać. Obawiam się, że nawet zdjęcia nie oddadzą niesamowitego charakteru i uroku tych miejsc.



Hodowle.
Mongołowie hodują krowy, kozy, owce, konie, jaki i wielblądy. Jak to powiedział Michał "cała Mongolia to jedno wielkie pastwisko". Zwierzaki pasą się same, niekiedy przeganiane przez jeźdźca na koniu. Do poganiania używają gługich na co najmniej 2 m kijów.


jaki


mały jak (specjalnie dla Almy ;))

Gery.
Jest ich całe mnóstwo. Stoją albo pojedynczo, albo w większych osiedlach. Niektóre mają anteny satelitarne, a kilka nawet baterie słoneczne.
Wczorajsze miasto, w którym się zatrzymaliśmy (Kharakorum) to dawna stolica Mongolii. Co prawda była nią tylko przez 40 lat, ale za to została założona przez samego Chinggis Khana. Z tej okazji, na 800-lecie istnienia państwa, rząd Mongolii planuje przenieść stolicę w 2020 z UB do Kharakorum.
Kilka ciekawych rzeczy:
1. Klasztor Erdene Zuu. To najstarszy klasztor w Mongolii. Zdecydowanie najładniejszy, jaki widziałem w tym kraju. Otoczony olbrzymim murem, chowa tajemnice mnichów buddyjskich.
2. Stare Kharakorum, czyli stolica z XIII-go wieku. Dzisiaj to wielka polana, z kilkoma wykopaliskami archeologicznymi. Z tego, co napisane było w przewodniku wynika, że musiała to być taka Atlantyda. Jedna z rzeczy, która miała się w stolicy znajdować, to fontanna tryskająca winem, airagiem i czymś tam jeszcze.
Michał przed murem okalającym klasztor

na terenie klasztoru





Niesamowita umiejętność, którą posiedli Mongołowie: pakowanie samochodów. W przeciętnym 5-osobowym samochodzie są w stanie pomieścić 7 osób dorosłych, jedno dziecko (obowiązkowo na kolanach pasażera siedzącego z przodu) oraz bagaże wszystkich podróżnych.
Dzisiaj nocujemy w Tsetserleg. Byliśmy w mieście ok. południa, więc wszystko dokładnie sobie obejrzeliśmy. Miasto jest stolicą aimagu (tagiego naszego województwa) i przewodnik pisze o nim "beautiful". Faktycznie, to miasto jest ciekawsze niż dotychczas przez nas widziane. Nadal jednak pusty, spory plac przed budynkiem samorządowym i obowiązkowe komunistyczne pomniki generałów i siłaczy psują charakter miasteczka, który nadało mu piękne położenie i bardzo dobrze zachowany klasztor (obecnie ciekawe muzeum).
w drodze do Tsetserleg


na terenie klasztoru w Tsetserleg








muzealny klasztor

muzealny gtradycyjny ger
5 komentarzy:
Po pierwsze - nie waż się pisać mniej. Więcej pisz!
Po drugie - ja myślałam, że Wy własnoręcznie tego jeepa prowadziliście... Łeee... ;)
Po trzecie - patrząc na te zdjęcia, nawet ja, klaustrofobiczka, czuję, że agorafobia też nie jest mi zupełnie obca... Przytłaczające jest to niebo, taka masa błękitu nad głową!
A po czwarte - jak wygląda cielaczek jaka? ;)
po pierwsze - obiecuję, że będę pisać wszystko, co zapisałam w zeszycie. od jutra ruszam dalej z opisami i nadchodzą Chiny!!
po drugie - czy ja nie pisałam jak trudne byłoby prowadzenie samochodu w Mongolii? :) i na pewno wspomniałam, że mieliśmy kierowcę.
po trzecie - oj tak. przestrzeń niesamowita. Holendrzy na pewno czują się w Mongolii nieswojo. my na początku zatrzymywaliśmy jeepa co kawałek i robiliśmy zdjęcia. "bo przecież taka fajna ta przestrzeń". po kilku dniach daliśmy sobie spokój.
po czwarte - zaraz umieszczę zdjęcie najmłodszego jaka, jakiego udało nam się sfotografować.
Słodziak ;)
Zdecydowanie jestesmy za tym bys pisala jak najwiecej. Prawde mowiac zagladamy dosc czesto na te strone hmmm po pierwsze poniewaz ciekawi jestesmy Waszych wrazen :D a po drugie sami ruszamy w strone Chin w maju. :D dlatego tez z niecierpliwoascia czekamy na ciag dalszy. Zazdroscimy spotkania z Dalaj Lama my jedynie bylismy w okolicy miejsca gdzie teraz mieszka.
Kamila i Mariusz :D
W Daralsalam? Przejezdzalem tam w ostatnie wakacje. Caly teren polnocnych Indii jest prawie tak samo magiczny jak Mongolia - podroz po Spiti Valley pamietam jakby to byl sen.
Pozdrowki
Mike
Prześlij komentarz