Chciałam zrobić kilka zdjęć, ale te super widoki są po stronie przedziałów (w których okna się nie otwierają), a okna po stronie korytarza "są zajęte". Zresztą, są tam tylko domki, bo wjechaliśmy już do Ułan Ude. Nazwa mongolska, a my ciągle w Rosji. Nie wiem dlaczego, ale skojarzyło mi sie to z amerykańskim miastem na pustyni. Góry nagle zrobiły miejsce na sporej wielkości miasto niskich domków i przemysłowej zabudowy oraz charakteru. Rzeka nadal płynie, a wzdłuż niej wiją się tory kolejowe.
Zauważyliśmy coś bardzo ciekawego. W pociągach i na dworcach całej Rosji podają czas moskiewski. Np. teraz byliśmy w Ułan Ude o 8:00 czasu moskiewskiego, a tak naprawdę o 13:00 czasu lokalnego. Dziwna sprawa.
Wygląda na to, że ok. 14:00 (czasu moskiewskiego oczywiście) będziemy na granicy. Nie piszę, że będziemy ją przekraczać, bo wygląda to na długi proces. Stoimy tam ponad 2 godziny.
Jeżeli to, przez co jedziemy to nadal Ułan Ude, to to miasto jest ogromne. Dzisiejsze widoki są jeszcze ładniejsze niż wczorajsze. Czy im dalej, tym ładniej?
Niestety dzisiejsza noc była najgorszą podczas tej podróży. Oboje się nie wyspaliśmy, ale mnie jeszcze do tego boli głowa. Położyłam się głową od strony okna i niestety nasz przedział znajduje się akurat nad jakąś bardzo, ale to przeraźliwie skrzypiącą częścią podwozia. Dźwięk jest nie do zniesienia.
Rzeka, wzdłuż której jedziemy to chyba Dzhida.
Dzisiejsza sceneria jest po prostu niesamowita. I do tego wyszło słońce, więc Michas robi śliczne zdjęcia z okna wagonu. Ja zrobiłam komórką i chciałam wysłać do Rodziców, ale nawet sieć Far East Russia zawiodła i się skończyła.


Za godzinę będziemy na granicy.
Zostawiliśmy swój wpis w "księdze pokładowej" comments&suggestions. Zwróciliśmy uwagę na brudne szyby oraz brak papieru toaletowego :)
Kończy się pierwszy, najbardziej pewny etap naszej podróży. Pewny w sensie - wiedzieliśmy dokąd jedziemy, o której są postoje, gdzie śpimy i jak długo ten etap portwa. Było bezpiecznie i miło, ale też bez żadnych super widoków, odwiedzonych miejsc i związanych z tym przeżyć. Teraz zapowiada się bardzo urozmaicony, kolorowy i ciekawy etap, ale na pewno mniej pewny, bardziej spontaniczny i czasem związany z moimi obawami. Nie strachem, ale małymi obawami (np. czy się nie zgubiumy na nieoznakowanych szlakach, czy dojedziemy na czas do Pekinu, ...) Czy im większa niepewność i podejmowane ryzyko, tym większa satysfakcja i głębsze doznania?
Mogłabym nigdzie nie jeździć, nic innego nie zwiedzać, tylko siedzieć tutaj na tej soczystej trawie pomiędzy górami, nad strumieniem. Tak wyglądał mój świat Wita Szostaka. Dokładnie taka była moja jego dolina. Tylko z góralem po środku.
Ciekawy widok za oknem. Niby pustynia i step, ale zielono, jakbyśmy w środku lasu byli. Wydaje mi się, że dużo ostatnio padało i stąd tak sie zazieleniło. Na takiej otwartej przestrzeni widać idealnie siły działania przyrody. Nad górami wznoszą się chmury, aby za chwilę się skroplić i spaść soczystym deszczem na zboczach gór.
Od dwóch godzin (przyjazd 13:08) stoimy na granicy rosyjsko-mongolskiej. Zebrano paszporty i wyjazdowe części deklaracji, które wypełnialiśmy na Białorusi. Pan (ładną angielszczyzną) powiedział, że mamy tearz 90 minut, bo tyle zajmie im sprawa z paszportami (nie rozumiem, bo przecież opuszczamy ich kraj, więc powinni być szczęśliwi, wstawić stempel i "do svedania"), wytłumaczył, że z toalet w pociągu korzystać nie można, bo to strefa sanitarna, a toalety na dworcu nie działają ("it's not my guilt"), że sklep jest 150 metrów dalej w drewnianym, jednopiętrowym domku i życzył nam miłej podróży. Przeszliśmy się(wcześniej wypełniwszy po 2 deklaracje wyjazdu z Mati Rosji), kupiliśmy wodę, zobaczyliśmy centrum (woskal, lichy park ze zdewastowanym odlewem żeliwnym dwóch łosi, świetlicę kolejarską i skrzyżowanie), Michał zrobił kilka zdjęć i zaobserwował ciekawe zjawisko - mongolscy mężczyźni truchtają zamiast chodzić.
przejście graniczne w Nauszkach



12 sierpnia 2006 roku. Granica rosyjsko-mongolska. A jeszcze najlepsze przed nami. Tylko dlaczego od 4 dni słyszę na korytarzu holenderski? Ze wszystkich języków świata, akurat ten?
Widać, że pogoda będzie bardzo zmienna. Musimy kupić płaszcze przeciwdeszczowe, bo inaczej nasze plecaki bardzo ucierpią. Ogólnie muszę przyznać, że wyposażeni jesteśmy nieźle. Oczywiście o jakichś rzeczach trzeba było pomyśleć, ale ogólnie jest nieźle. Trochę żałuję, że nie mamy namiotu, ale z drugiej strony, trochę byłoby za ciężko.
Jest 16:28. Oddano nam paszporty, przeszukawszy przy tym cały wagon. Zajrzeli dosłownie wszędzie. Nawet do szafki z samowarem. Była para. Pan w czapce, jak naleśnik, z czarną teczką - rozdawał paszporty, a pani w zielonym kombinezonku wchodziła do każdego schowka i zaglądała pod łóżka i do łazienki. Nadal czekamy na pozwolenie wejścia do WC.
Deklaracje zebrano, podstemplowano, podpisano, poskreślano i oddano nam po jednym egzemplarzu. Jak to powiedział Michał: "Czy wyobrażasz sobie miejsce, gdzie trzymają te wszystkie deklaracje?". Przypomnę, że wypełniliśmy po jednej przy wjeździe i wyjeździe z kraju. Na każdego trzeba mieć teczkę. Od razu przypomniał mi się "Proces" Kafki. Jak biurokracja zwiększa dystans pomiędzy biednym człowieczkiem (jak na obrazach Schultza) - petentem i urzędnikiem - władzą ostateczną. Podczas wypełniania tego świstka, który tak naprawdę nie podaje stronie rosyjskiej żadnych nowych informacji (imię, nazwisko, pochodzenie i numer paszportu, są tamże właśnie; no chyba, że ktoś pisze, że ma tyle to i tyle waluty, co oczywiście jest niezbędną do życia informacją dla największego państwa na świecie), niejeden obywatel krajów zachodnich poczuł dreszczyk adrenaliny i obawy czy aby na pewno wszystko dobrze wpisał.
Jest 23:05 czasu mongolskiego. Od kilkunastu minut stoimy na granicy po stronie mongolskiej, w miejscowości Suh Baatar. Tym razem dostaliśmy do wypełnienia 3 różne kartki: karta wjazdu, deklaracja celna i deklaracja zdrowia pasażera. Pani sprawdzająca zgodność zdjęcia w paszporcie z osobą go wręczającą kazała mi wstać, spojrzeć sobie w oczy i zdjąć okulary, podczas gdy łysinka Michała przeszła niezauważona.
Znów stoimy czekając na zwrot paszportów i podpis inspektora na karcie zdrowia (będzie obdukcja?!). Obserwujemy biegających po peronach oficerów. Michał twierdzi, że to dlatego, że mają tu stepy i jeżdżą konno. Są do szybkiego tempa przyzwyczajeni, a z miejsca A do miejsca B mają dalej niż większość mieszkańców tej planety, więc biegają, żeby było szybciej, żeby nie tracić czasu i urozmaicić sobie podróż.
Przed wejściem oficerów zdążyliśmy się przepakowac. W moim plecaku jest wszystko, co będzie nam potrzebne podczas naszej planowanej jednodniowej (i jednonocnej) wycieczki do klasztoru gdzieś pod Ułan Bator. W plecaku Michała jest cała reszta, która zostanie w stolicy. Właśnie omawiamy plan wycieczek. Wszystko zależy od pociągów do Pekinu, więc póki co jest szkic, a pewne to będzie może w poniedziałek :)
Ale co tam, to w końcu wakacje. Ważne, żeby 31 rano być w Pekinie na lotnisku, no i żeby zobaczyć Mur Chiński.
2 komentarze:
Cudowna ta wasza pdoróż! Nie wiem, którą z tych rzeczy bym chciała zobaczyć najbardziej. Jako przyszła ma szwagierka czy siostra (jak tam wolisz) skomentuj mi mojego bloga. Zaczynam nowa szkołę i takie tam :)
Pzdr
Wysiadajcie, wysiadajcie z tego pociągu, bo strasznie ciekawa jestem, co dalej? ;)
Prześlij komentarz