
Michał zatytułował to zdjęcie "zejście Zidana z boiska"

przydrożny bar

pierwsza awaria jeepa


Znaleźliśmy swoje miejsce na ziemi. Tsagan Nuur. The Great White Lake. 7 dni podrózy pociągiem i 3 dni jeepem oddalone od Łodzi. Żadne słowa nie są w stanie opisać położenia, ani kolorystyki tego miejsca. Między górami płynęła rzeka, pewnego dnia (jak mówi Michał, 5 mln lat temu) wybuchł wulkan i lawa swtorzyła naturalną tamę dla wód rzeki. Powstało jezioro, w najładniejszym miejscu, jakie można sobie tylko wyobrazić. Niebo jest tam w ciągu dnia błękitne, jak właśnie najczystszy i najbardziej nasycony błękit wyglądać powinien. Wzgórza pokryte zieloną trawą, lasami o butelkowym kolorze, a kolor gleby zmienia się od słonecznego piaskowca do węglowej czerni. Okolice wygasłego wulkanu, który sprawił, że miejsce to powstało, wygląda jak sceneria księżycowa. Przykurczone i osmolone drzewa. Pumeks czarny i porośnięty już zielonkawymi porostami. Jak dla mnie najciekawszym widokiem tam właśnie, pod wulkanem, była łąka wysadzana kamieniami. Zielona flora i czarne głazy.
w okolicach krateru, już na wygasłym wulkanie


ogromny krater. Te kropeczki na horyzoncie, to ludzie.







Cały krajobraz doskonale nadaje się na scenerię "Władcy Pierścieni".

Jeszcze nigdy nie widziałam nieba tak granatowego i tak usłanego gwiazdami, jak nad jeziorem Tsagan Nuur. Po raz pierwszy widziałam Drogę Mleczną w pełnej krasie i wiem już dlaczego nosi taką nazwę.
Tsagan Nuur

trzecie najładniejsze zdjęcie podróży







"kapliczki" układane przez buddystów z kamieni (tu akurat z tych wulkanicznych)



Zostaliśmy nad jeziorem dwa dni. Mieszkaliśmy w najlepszym, jak do tej pory, gerze, oglądaliśmy wschody i zachody słońca, chodziliśmy na spacery. Po raz pierwszy chodziłam po zastygłej lawie, próbowałam mongolskiego piwa i piłam herbatę z końskim mlekiem typu instant.
zdjęcie, jak obraz. Szykujemy kolację w naszym gerze

Michas mówi, że to miejsce jest mistyczne. Fakt. Coś w tym jest. A wczoraj, kiedy padał deszcz, świeciło słońce i pojawiły się dwie tęcze (prawie, jedna i pół) poczułam się trochę, jak w "moim filmie o niebie" ("Między niebem, a piekłem").

Niestety mongolskie jedzenie wybitnie mi nie służy. Już dwa razy się strułam. Dzisiaj jest zdecydowanie gorzej niż poprzednim razem. Mięso, które tu do wszystkiego dodają baranina i mięso kozie, nie odpowiada niestety moim kubkom smakowym. Michas się zajada :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz