Teraz jestem już w Zaya Hostel, gdzie spędzimy dzisiejszą noc. Łóżko twarde, ale jak mówi Michał - "nie trzęsie". Zrobiliśmy sobie mały spacerek po mieście, bo pokój miał być wysprzątany. Miejsce bardzo przyzwoite. Normalne mieszkanko, w którym rodzinka otworzyła hostel. Podwójne łóżko i zimna woda w całym mieście :)
Ułan Bator, widziane z wjeżdżającego do miasta pociągu, nie wygląda oszałamiająco pięknie. Biedne domki, baraczki, jurty, elektrociepłownia z dymiącym kominem. Troszkę, jak pobojowisko w Bukareszcie. Po niecałych 5 godzinach snu, nie wyglądało to zbyt imponująco.
Miasto ma szerokie ulice, po których jeździ zadziwiająco dużo Hyunday'ów. Autobusy, trolejbusy (stare i całkiem nowe), widzieliśmy nawet jednego rowerzystę, który z braku hamulców używał do zatrzymania się nogi, opierając ją na tylnym kole. Jest duży plac w centrum, ze statuą Suh Baatara i remontowanym parlamentem. Co mnie dziwi, to "pracująca niedziela". Otwarte banki, poczta, sklepy, ludzie pracują na budowach.
Samochody mają kierownice po prawej, bądź po lewej stronie. Widać nie ma reguły. Ruch jest, jak u nas prawostronny. Zauważyłam, że nie zapinają pasów i co gorsze - wożą małe dzieci na kolanach na przednim siedzeniu.
"akrobata" zakłada sznurki na bieliznę

gery niedaleko klasztorów

jedna z głównych ulic miasta

ruch uliczny i stół do billarda na chodniku

Byliśmy już w sklepie, ale nie udało nam się kupić wszystkiego, co planowaliśmy. Mamy kartki ze znaczkami, koperty na odsyłanie zdjęć, mapy, baterie, żeby w razie czego zostawić w gerze (tak radzili w przewodniku), koszulkę dla Michasa, do jego kolekcji koszulek narodowych i mongolskie podróżne szachy. Nadal potrzebujemy kompasu, ubranka na plecak, kleju, tabletek po puryfikacji wody (coś mi się wydaje, że z tym będzie problem i będę zmuszona pić mleko), papier toaletowy i herbatę.
Miasto, jak zauważył Michał, w niektórych momentach wygląda jak Cluj-Napoca. Takie same bloki z zabudowanymi balkonami i wystawkami na nich. To na pewno znaczące podobieństwo.
Wydaje mi się, że miasto jest bardzo zróżnicowane. Z jednej strony jurty na obrzeżach i małe, liche chatki, z drugiej - komunistyczne bloki i obszerne budowle pamiętające czasy rewolucjonisty i zbawiciela Stalina, a to wszystko doprawione nowymi, ciekawymi architektonicznie i kolorystycznie blokami i całymi ogrodzonymi osiedlami. Naszych, czyli białych, jest w mieście sporo. W różnym wieku, przeważnie występują parami. Ludzie miejscowi to ogorzali starcy w wysokich, skórzanych, czarnych butach, takich niby-garniakach i kapeluszach, oraz nowocześnie ubrani młodzi, którzy z powodzeniem mogliby chodzić po ulicach miast Europy Centralnej.

główny plac w UB (pomnik Suuh Baatara i remontowany parlament w tle)



A więc tak wygląda prawdziwy trzeci świat. Trochę już go widziałem (Ukraina, Bośnia, ...), ale dopiero tutaj można zobaczyć jego prawdziwe oblicze. Obok parlamentu jest dzielnica slumsów, gdzie ludzie żyją prawie na ulicy, z psami, ale przynajmniej mają dostęp do wody pitnej. Cudowne uczucie - wrócić znowu do klasztorów buddyjskich, zobaczyć mantry, posłuchać sutry i poczuć spokój, jakim emanują buddyjskie klasztory. Mam nadzieję, że jutro załapiemy się na mszę.
Zbyt wiele wrażeń, jak na jeden zmęczony dzień. Opaliłam sobie pyszczek. Jutro musimy pamiętać o kremie z filtrem.
Po drzemce Michasa wybraliśmy się na drugi spacer. Byliśmy w kafejce internetowej powiadomić rodzinkę i znajomych o szczęśliwym dotarciu na miejsce. Byliśmy na obiadku, który okazał się posiłkiem dnia. Udaliśmy się jednak najpierw na dworzec zobaczyć co z biletami do Pekinu. Lonely Planet nastraszyło nas, że biletów nie da się kupić. Nam się jednak udało. W kasie połączeń UB-Pekin wisiała informacja o dwóch połączeniach:
1. pociągami, z jedną przesiadką (dość drogie, bo chodziło o jakiś night international express)
2. pociągiem i autobusem (night bus). Wydedukowaliśmy, że chodzi o autobus taki, jakim jechałam np. do Polski z Frankfurtu.
Pod drugą opcją widniały dwie ceny. Wyższa i niższa ;) Wybraliśmy opcję drugą, bo na nocnym pociągu super expresie jakoś nam nie zależy. A wolimy pieniądze przeznaczyć na jazdę po Mongolii. Okazało się, że taniej jest jechać pociągiem mongolskim (inna opcja, to pociąg chiński), więc na niego wykupiliśmy bilety, a autobus nocny, to autobus z łóżkami (!!). Jest w nim 18 łóżek i przez cała podróż smacznie sobie śpisz. Pierwszy raz coś takiego widzieliśmy i stwierdziliśmy, że to będzie ciekawa podróż. Więc jedziemy. Bilety mamy na 24 wieczorem. 26 rano będziemy w Pekinie. Czasu akurat, żeby zobaczyć miasto, Mur Chiński i zrobić zakupy.
Natknęliśmy się na biuro podróży Nomad Travell i postanowiliśmy zobaczyć ile kosztuje wynajęcie jeepa. Zaya, właścicielka hostelu, podała nam cenę $35, ale powiedziała, że trasa, którą wybraliśmy zajmie nam ponad 8 dni. W biurze Nomad cena za dzień to $40, ale w tym jest 100 km benzyny. No i czasowo to bardziej korzystnie wygląda. Wzięliśmy. Za 6 dni zapłacimy nie więcej niż $520. Na pewno się opłaca. Pieniądze mamy, a druga taka okazja już się pewnie nie powtórzy. Trzeba korzystać. Ruszamy 16 z samego rana. Ale będzie podróż.
Coś więcej o mieście i jego mieszkańcach.
Bardzo podoba mi się położenie UB. Góry o zachodzie wyglądają po prostu uroczo, a niebo ma bardziej błękitny kolor.
Biega tu mnóstwo psów, ale ulice i chodniki są nawet czyste.
Na ulicach stoją, siedzą, bądź chodzą osoby w różnym wieku (dzieci, młodzież, babuszki), obu płci, najczęściej w maskach na twarzy (takich, jak noszą japończycy, żeby smogu nie wdychać) i noszą pod pachą telefony. Prawie normalne aparaty telefoniczne, ale bez kabla, za to z antenką. Michał mówił, że to pewnie jakaś promocja i że jak zadzwonisz z tego aparatu gdzieś tam, to coś wygrasz. Ale chodzi o coś zupełnie innego. Z tych telefonów ludzie dzwonią sobie po prostu do rodziny, znajomych, przyjaciół, ... Minuta kosztuje 100 ichniaczków. Nie mają budek telefonicznych, mają ludzi z aparatami. Michał chciał jednej takiej pani zrobić zdjęcie, ale bardzo głośno oponowała. Trzeba to zobaczyć, opisać się nie da.
Z chodników co krok coś tu wystaje. Albo drut zbrojeniowy, albo końcówka uciętego znaku drogowego, albo gwóźdź jezusek (!). Krawężniki są bardzo wysokie i nie wyobrażam sobie życia inwalidów w tym mieście.
Ruch drogowy, bardzo gęsto usprawniany klaksonami jest, jak w każdym biednym państwie (słowa Michała) - totalna (prawie, bo światła są czasami) samowolka.
2 komentarze:
Jeszcze tylko zdjęcia tego "bardziej niebieskego" nieba poproszę! Czy to może jak z tą trawą, co to bardziej zielona jest po drugiej stronie "płota"? ;)
postaram się jak najszybciej wstawić fotki.
jutro oddam klisze do skanowania. mam nadzieję, że szybko je odbiorę i będę się mogła za to zabrać.
z tymi kolorami może tak faktycznie być, ale takich, jeszcze nigdzie nie widziałam.
Prześlij komentarz